Chociaż właściwie taki był plan. Nie miałam zamiaru ukrywać tu faktu, że od dobrej dekady choruję na doła. Tzn. dół dopada, gdy nie biorę prochów. Gdy biorę, siedzi cicho i udaje martwego. Wystarczy, że jednak odstawię łykanie, a drań przekręca się z grzbietu na łapy i skacze mi na plecy zwalając na glebę. I gryzie, i dusi, i nie daje wstać. A ja mam nauczkę za bycie mądralą ferującą wyroki w dziedzinie psychiatrii. Spróbowałam dwa razy i więcej nie zamierzam. Zbyt wysoka cena za struganie guru.
Plan był zatem taki, że skoro tak świetnie radzę sobie z dołem, tak grzecznie się leczę od jakiegoś czasu, a efekty leczenia są tak ewidentne, nie będę chowała lampy pod korcem, lecz podzielę się tutaj tym, co przerobiłam.
I nie, żeby nagle mi się odechciało. Nie, żebym zwątpiła w sens przedsięwzięcia. Wręcz przeciwnie – cały czas uważam je za nad wyraz zasadne. Tyle, że ostatnio deczko spokorniałam. Autorytatywność chowam głęboko do szafy, poetyka w guście „u mnie się udało, więc weź nie piernicz, tylko dupa w troki” okazuje się być mocno nie na miejscu. Powód? Tak pieprznęło listopadem w tym październiku, że moje tabletki straciły rezon. A ja razem z nimi. Na szczęście to nie ta faza, że leżę na deskach i marzę tylko o tym, by się pod nie schować. Nie rozpadłam się na kwarki, z rozpaczy też nie wyję. Ale łatwo nie jest i nóżki się trzęsą. Zwłaszcza, gdy trzeba iść do roboty, a tam kilkadziesiąt osób w jednym miejscu. Zadania potencjalnie do zawalenia, sytuacje potencjalnie nie do poradzenia. Albo do Żabki trzeba pójść kupić ser i bułki. Dla siebie nawet bym się nie fatygowała, ale mężowi śniadanie by się przydało. Inne niż woreczek kaszy gryczanej z walniętym na czubek plasterkiem sera, żeby nie było takie całkiem mdłe. Bo co do mnie, to niech nawet będzie ta kasza, byleby nie trzeba było wychodzić. Bo w środku się trzęsę, na zewnątrz się kurczę, a w ogóle tam są ludzie i zagadać trzeba.
Nie będzie tu zatem zgrywania wyroczni, mówienia rób/nie rób, ja wiem, bo wygrałam. Otóż – nie wygrałam, tylko ciągle walczę. W poniedziałek jest łatwiej, a we wtorek wiałby człowiek do piwnicy i zakopał się wraz z głową w stercie kartofli. Będę więc sobie po prostu pisała, jak próbuję się nie dawać tej czarnej cholerze i jak wciąż i uparcie dążę w stronę słońca.
Bo dążę. I w sumie jestem coraz ładniej opalona.
A w ramach przekształcania chaosu w kosmos i tańczenia w deszczu zamiast czekać na tęczę prezentuję kilka sobotnich fotek z plaży w Brzeźnie.
I nie – nie są one alegoryczne.




Mam wrażenie, że tekst pisałam ja,Twoimi rękoma.
Zdjęcia przepiękne 🙂
PolubieniePolubienie
Dziękuję 🙂 Takie słowa przekonują mnie o tym, że warto kontynuować to, co zaczęłam 🙂
PolubieniePolubienie
Brzeźno. Moje miejsce na plaży.
PolubieniePolubienie
Kilka dni temu zdałam sobie sprawę, że choć mieszkam nad zatoką, chyba z rok już nie byłam na żadnej plaży. Powód? W ogóle zapomniałam, że mieszkam nad zatoką 😀
PolubieniePolubienie
Ja mieszkam na dole mapy i z okna rzucam kamieniami w góry. Byłem w kwietniu. A potem 30 grudnia. Życie.
PolubieniePolubienie
Miałem plan tam zamieszkać kiedyś, ale skończyło się na odwiedzaniu. Wejście nr 40. Ulubione.
PolubieniePolubienie