Dwa miesiące w nowym domu. Takim już na serio naszym. Cmentarz Srebrzysko, szpital psychiatryczny, nagrobki-granity, krematorium „Zieleń” - okolica taka, że memento mori unosi się w powietrzu niczym kwietna woń. Inne vanitasy również czają się u wrót – zwłaszcza dzisiaj, gdy kończę trzydzieści cztery lata. A tak już serio, to cmentarz cmentarzem, psychiatryk pod nosem… Czytaj dalej Chaos vs. kosmos oraz roczny plan, czyli trzydziestka czwórka Marysi.
Sztandary vs. leń – odpal gaz i biegi zmień.
Wol-ny-rynek! Wol-ny-rynek! Wolna przedsiębior-czość! Wolna przedsiębior-czość! Pry-wat-nai-nic-ja-tywa! Pry-wat-nai-nic-ja-tywa! Preczzre-dystry-buc-ją! Preczzre-dystry-buc-ją... ...a tak serio, to wszystko to jedna wielka ściema. Moja kryptozlewaczała, roszczeniowa dusza najchętniej leżałaby i pachniała i żyła z podatku progresywnego. Taki próg – powiedzmy – siedemdziesiąt pięć procent. Płacone przez tych, co mają najwięcej. Oni sa obrotni i radę se dadzą – mnie… Czytaj dalej Sztandary vs. leń – odpal gaz i biegi zmień.
Czterdzieści i trzy. I ani grama więcej.
A jeśli już, to nawet odrobinę mniej. Znów normalnie chodzę zamiast syczeć z bólu i człapać koślawo jak otyła kaczka. Znów mogę przekręcać się z boku na bok, bez zadyszki i od razu, a nie dopiero po kilku nieudanych próbach. Buty znów swobodnie wchodzą na stopy, znów mogę je wiązać bez żeber w przełyku. Obrączka… Czytaj dalej Czterdzieści i trzy. I ani grama więcej.
Pięćdziesiąt i jeden
Pięćdziesiąt i jeden. I pięć miesięcy bez grama prochów. Niniejszym na swej szyi wieszam złoty medal. Złoty medal za plus minus sto pięćdziesiąt dni walki z przeciwnikiem tak silnym i tak cholernie na mnie zawziętym, że serio się dziwię, że jeszcze oddycham. Oddech łapię, kiedy tylko poczuję, że ta ciężka łapa trzymająca moją głowę pod… Czytaj dalej Pięćdziesiąt i jeden
Tak trochę de profundis
Przez trzy miesiące od daty startu postów mogłoby być tu już z milion osiemset. A jest dopiero siódmy i to z dużym trudem. Bo tak się wzięło i porobiło, że zamiast żyć i pisać pełzam i gryzę ściany. Mój mózg w dalszym ciągu nie radzi sobie sam i bez chemii wysiada już po kilku dniach.… Czytaj dalej Tak trochę de profundis
Doły i balistyka. Rozkmina pozytywna.
Zawzięcie szukam światełek w dołów moich mroku i ryję za nimi jak świnia za truflami w glebie niegościnnej i czarnej jak noc. I nieraz myślę sobie – jaki sens coś robić. Nawet kiedy już przejdzie (a przejdzie na pewno. Lata doświadczenia – zawsze przechodzi), to przecież – co ja zmienię. Ja jedna Marysia, czterdzieści i… Czytaj dalej Doły i balistyka. Rozkmina pozytywna.
Się cholera porobiło.
No to będą niezłe jaja. A właściwie to już są. Z dnia na dzień odstawiłam różowe tabletki. Łykane codziennie przez dziesięć lat. Bez stopniowego zmniejszania dawki, bez trzymania za rączkę i głaskania po główce, oswajania się i sprawdzania, czy wytrzymam bez. Nie ma co sprawdzać, bo wytrzymać muszę. Choć bym płakała, choć bym wierzgała, prochów… Czytaj dalej Się cholera porobiło.
Coming out
Chociaż właściwie taki był plan. Nie miałam zamiaru ukrywać tu faktu, że od dobrej dekady choruję na doła. Tzn. dół dopada, gdy nie biorę prochów. Gdy biorę, siedzi cicho i udaje martwego. Wystarczy, że jednak odstawię łykanie, a drań przekręca się z grzbietu na łapy i skacze mi na plecy zwalając na glebę. I gryzie,… Czytaj dalej Coming out
Taki lajf
No więc dobrze. Stańmy w prawdzie. Miało być o życiu? No to będzie, proszę bardzo. Przed Państwem życie trzydziestotrzylatki, która ewidentnie sobie z nim nie radzi. Rano ledwo wstaje, co chwilę coś gubi i niszczy w afekcie sprzęty domowe. Bez afektu z resztą też. Czym działa na nerwy swojemu mężowi (a on jej, choć czym… Czytaj dalej Taki lajf
Jeszcze trochę wstępujemy.
Początkowo miało być tu ściśle tematycznie. Lublin. Mój jedyny, ukochany, od kołyski aż po grób. Aż tu nagle pach – i Gdańsk. No to może jednak Gdańsk. Żeby sobie pomóc jakoś go oswoić. Albo raczej siebie z nim. Pomysł niezły, tylko kurczę co ze wszystkim innym. Co z rozkminami o życiu i śmierci, o Bogu… Czytaj dalej Jeszcze trochę wstępujemy.