Blog ten przez kilka ładnych lat funkcjonował pod nazwą „Czterdzieści i trzy”. W pewnym momencie doszłam jednak do wniosku, że nie mówi ona wiele o treści mojego pisania. Móżdżyłam więc i móżdżyłam, aż wreszcie kliknęło. „Między wschodem i zachodem” – to jest przecież TO!

Najpierw dosłownie: Jedną nogą w Gdańsku (na serio już lubię), drugą wciąż w Lublinie (nadal kocham i tęsknię, choć to już tyle lat). Ale też metaforycznie. Między wschodem i zachodem to trochę jak między narodzinami/wczesną młodością a starością/śmiercią. Czyli – w uproszczeniu – życie ogólnie. A jak by nie patrzeć, o życiu tu piszę („w uproszczeniu” zaś dlatego, bo wydaje mi się, że na śmierci to życie jednak się nie kończy). Idźmy jednak dalej, bo na tym nie koniec. Między wschodem i zachodem to troszkę jakby między skrajnościami. Bo tak po prawdzie, to między skrajnościami w tym życiu często się poruszam. Między lękiem a śmiałością. Między wiarą a wątpieniem. Między smutkiem a radością. Między entuzjazmem a zniechęceniem. Między energią a przemęczeniem. Między dorosłą kobietą a mentalnym dzieckiem. Trochę tu, trochę tam, a trochę gdzieś pomiędzy.

Pomimo tych wszystkich życiowych skrajności w niniejszym pisaniu jest też jedna stała. A jest nią podejmowana wciąż na nowo próba wyciągania ze szczegółu wniosków na temat ogółu. Wyczytywania z codzienności prawd uniwersalnych. I niech to sobie nawet brzmi pretensjonalnie – szukania transcendencji w tym, co tu i teraz.

I nie sądzę, żeby to miało się zmienić. Nie wiem, po jakie tematy sięgnę jutro czy za miesiąc. Jestem jednak niemal pewna, że przyświecać mi będzie ciągle ten sam cel: DOWIEDZIEĆ SIĘ, O CO TU CHOLERA CHODZI.

Zatem – stay tuned.

Dodaj komentarz