O tym, jak słowo stało się ciałem (i niech nim pozostanie)

„Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeśli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie samo jedno, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity.” (J 12,24)

Czterdziestka coraz bliżej. I ciśnienie coraz większe. Bo kobieta czterdziestoletnia to podobno taka, która „coś już światu pokazała” – takie stwierdzenie gdzieś kiedyś znalazłam i armia korników zaczęła ryć mózg. Bo czterdziestka to symboliczny czas poważnego podsumowania dotychczasowych dokonań. Podsumowania, rewizji i być może zmiany kierunku. Z teczką tych dotychczasowych pod pachą rzecz jasna. Tak że nawet gdyby coś, to mamy się czym przed światem wylegitymować i nie stoimy przed nim tacy goli, o nie.

I przez kilka lat liczyłam, że do tej czterdziestki jeszcze się wyrobię. Że może moja teczka nie będzie zbyt gruba, ale goła też nie stanę i będzie już co pokazać, i proszę państwa bardzo – oto osoba z dokonaniami, zawodowym konkretem i do tego ugruntowanym, spójnym światopoglądem.

Czas jednak biegł, a ciśnienie nadal rosło, gdyż żadna z owych spraw statusowych uparcie za tym czasem nie nadążała. I było mi coraz bardziej głupio i wstyd. Do tego tak zwyczajnie żarła mnie frustracja – czas i siły idą na wszystko dokoła, a ja ciągle nie robię tego, co robić bym chciała. Ciągle obowiązki, ciągle powinności. A gdzie samorozwój, gdzie samorealizacja? Gdzie spełnienie i poczucie, że „robię swoje rzeczy”?

I tak intensywnie brnęłam w te żale, że w efekcie fiksacji na wszystkich tych „samo-” stałam się jak to ziarno pszenicy z cytatu na wstępie: ziarno, które zostało – nomen omen – samo. Tak bardzo szarpałam się o swoje życie, że przestałam widzieć twarze dokoła, a głosy stały się trudnym do zniesienia zgrzytaniem po zewnętrznej stronie mojej solipsystycznej skorupy, raniącym uszy piłowaniem w nią wywołującym okrzyk złości: „Czego oni wszyscy znów ode mnie chcą?!”

Bardzo nie lubię górnolotnych frazeologizmów takich jak na przykład „więzienie własnego ego”. Brzmi mi to tak pretensjonalnie, sucho i abstrakcyjnie, wiecie – w sam raz dla takich przeintelektualizowanych mędrków patrzących na rzeczywistość z poziomu meta zamiast pobabrać się trochę w jej mięchu i flakach (tak jak bym sama miała inaczej, cha, cha).

Ale jednak – tak. To jest właśnie to. Niemożliwość wyjścia poza własny łeb. W którym to łbie dominuje pustka. I to nie pustka na zasadzie ciemności jako braku światła czy ciszy jako braku dźwięków, czyli pustka jako – w tym kontekście – brak przeżyć, ale taki neutralny, niesprawiający jakiejkolwiek przykrości.

Otóż nie. Otóż to coś żarło. Mnie samą żarło to jak cholera i truło mi życie, a w konsekwencji życie ludzi, z którymi to moje życie związałam. Zwyczajnie robiłam się nie do zniesienia.

I tak sobie trułam i siebie i innych, czując się przez to wszystko coraz gorzej i gorzej. Aż tu gdzieś bodajże w maju, całkowicie nieoczekiwanie, po co najmniej dwóch latach całkowitego braku kontaktu, dostałam na insta wiadomość od Kaśki. A właściwie – link. Bez żadnego komentarza. Link do strony z pracami Laury Makabresku.

Gdzieś tam mi się wcześniej to pseudo obiło o uszy, nie pamiętałam już jednak żadnych związanych z nim treści. Zajrzałam więc sobie ot tak, z ciekawości, co tam Kaśka mi przesyła.

Zajrzałam – i zostałam. Na długo. A nawet na bardzo, bardzo, bardzo długo.

Wszystkich moich wrażeń, odczuć i przemyśleń teraz tutaj nie opiszę, gdyż byłby to całkiem srogi elaborat. Ale na to także przyjdzie pewnie czas. W tej chwili powiem, co ruszyło mnie najbardziej w kontekście treści dzisiejszego wpisu.

Otóż – czuła miłość wobec najdrobniejszych okruchów codzienności. Artystka nie szuka nie wiadomo czego, nie tworzy kadrów nastawionych na efekt wow u widza, ale bierze w dłonie – delikatnie i z wyłączną uwagą – te małe drobinki, a te, pokazane w taki właśnie sposób, finalnie taki właśnie efekt dają. Nie ma tam żadnych wyszukanych stylizacji, nie ma efekciarstwa. Jest po prostu miłość do tego, co jest, połączona z przekonaniem, że tam właśnie można spotkać się z Bogiem. Nawet fotografia bardziej kreacyjna tchnie takim spokojem, taką troską i uwagą wobec tego, co najmniejsze i najdelikatniejsze, (z pozoru) najprostsze i najzwyklejsze, że kontakt z tymi pracami najzwyczajniej zmienia patrzącemu optykę.

Weszło głęboko i pracowało. Zaczęłam czytać wywiady z Laurą, poznawać historię jej życia i przemian, jakie w im zaszły i znalazły odbicie w tworzonej przez nią sztuce. I w jednym z wywiadów znalazłam takie oto zdanie: „Św. Jan od Krzyża na marginesie jednego z rękopisów zapisał, że miłość jest celem duszy. Bliska jest mi ta intuicja.”

I myślę sobie – kurczę, a może coś w tym jest? A może by warto zrobić eksperyment? Tak na troszkę. Próba taka. Wyjść ze swojej głowy i popatrzeć w twarze: na początek te trzy, które mam najbliżej. Bez oczekiwań, ocen, pretensji, bez całej tej frustracji i zniecierpliwienia. Po prostu popatrzeć, czysto i uważnie, bez całego tego szumu z wnętrza mojej głowy.

I spróbowałam. Dla eksperymentu. Nacisnęłam guzik OFF w tym generatorze hałasu i napięcia, jakim jest to moje wspomniane wcześniej ego. Odłożyłam to wszystko – tak na próbę, tak na moment. By zobaczyć, co się stanie.

No i stało się. Zobaczyłam ich. Usłyszałam słowa, zrozumiałam ich znaczenie. Więcej jeszcze – poczułam chęć i gotowość, by na nie odpowiadać. I zaczęłam to robić. Ze spokojną głową, wolną od tego żrącego mnie ciśnienia.

I było to wspaniałe. I była w tym radość. I była w tym chęć. Była w tym obecność. I zupełnie nowe doświadczenie relacji. Sycące o wiele mocniej i głębiej niż aplauz i atencja za tak zwane dokonania.

Słowem – eksperyment wykazał, że święty Jan od Krzyża chyba miał rację. Dusza (w każdym razie moja) zdecydowanie woli żyć w taki właśnie sposób i mieć udział w obfitości tego rodzaju niż być ciągle drenowana tą ssącą projekcją, że moje – że tak powiem – nieperformowanie kwalifikuje mnie w oczach innych do statusu bezbarwnego życiowego przegrywa, co będzie dla mnie jakąś straszną śmiercią społeczną, no i że w ogóle bez performowania przepłynę przez ten świat jako jakiś lichy strzępek przezroczystej niemal mgły. A i jeszcze, żeby było ciekawiej – widząc coraz więcej, z automatu zaczęłam robić dużo więcej zdjęć i obmyślać nowy wpis na bloga po przerwie trwającej już prawie dwa lata…

No i wszystko fajnie. Tylko wiadomo – neofici zawsze jadą troszeczkę na haju. Na ekscytacji nowością wspaniałego doświadczenia. Ale w końcu haj opada i robi się chropowato. I tutaj potrzebna jest już konsekwencja. Wytrwała, systematyczna i świadoma praca. I przypominanie sobie – może nawet codziennie albo kilka razy na dzień (a dla oporniejszych pewnie z kilkanaście) – co zabija, a co żywi. Nie jest już tak prosto jak na początku. Bywa, że zniechęcenie podchodzi pod gardło. Ale doświadczyłam już tego, że warto. To, co dotychczas było tylko słowem: tutaj przeczytanym, ówdzie usłyszanym, ale odległym od mojej codziennej życiowej praktyki, teraz stało się dla mnie ciałem, czyli rzeczywistym, żywym doświadczeniem. I jest to jeden z kilku prezentów na czterdziestkę, jakich doprawdy się nie spodziewałam, a lepszych bym sobie nie wymarzyła.

Bo tych prezentów jest jeszcze więcej. Opowiem Wam o nich następnym razem. Lecz najpierw trzeba będzie napisać, jak w międzyczasie wszystko pieprznęło…

So stay tuned. Warto 😉

Dodaj komentarz