Przez trzydzieści dwa lata żyłam z jednym płucem.
Masz od zawsze jedno – nie wiesz, jak jest z dwoma. Sytuacja wydaje ci się normalna. A jednak organizm nie całkiem wydolny. Zadyszka. Dotlenienie tkanek na poziomie mocno suboptymalnym. Krótko mówiąc – tlenu mało, oddech płytki, kiepskawe osiągi.
Jednak lat temu sześć bez jakichś trzech miesięcy zwiększyłam zasilanie o pełne sto procent. Lewe płuco nówka sztunia. Efekty? Pełny odrzut nie nastąpił, jednak pomimo upływu sporej ilości czasu organizm nadal traktuje je jak ciało obce. Resekcję opłaciłabym za własny hajs, bez NFZ i w trybie na cito za dwieście pięćdziesiąt procent standardowej kwoty. Mimo to na zabieg się nie zapisuję – na obecnym etapie byłby to strzał w kolano. By oddech był głęboki, tkanki odżywione i organizm zdolny robić to, co faktycznie robić chce, potrzebuję odpowiedniej oddechowej kubatury.
Potrzebuję obu płuc.
Prawego i lewego.
Wschodniego i zachodniego.
Tak, już wiadomo, o co tutaj chodzi. Gdańsk i Lublin – dwa miasta jak dwa płuca potrzebne mi do życia. Nie przeżycia z dnia na dzień i „ciągnięcia tego wózka”, lecz odkrycia i wybebeszenia zawartości flaków w sposób dający spełnienie oraz jakieś szerzej zakrojone dobro.
Lublin kocham miłością psychopaty. Mogłabym tam łazić i łazić i łazić do nocy, na noc iść (na krótko) spać, a od rana łazić dalej.
No właśnie.
Gdzieś tam jest jednak jeszcze potrzeba tworzenia. Tworzenia i przetwarzania, brania w ręce i kształtowania. A tam mi to nie szło. No nie szło i już.
A tutaj wzięło i iść zaczęło.
Jakie stąd wnioski?
Mnie chyba po prostu coś musi kłuć w tyłek. Coś musi uwierać, żebym się ruszyła. I to życie na tej zimnej i obcej Północy jest dla mnie właśnie takim cierniem w d****. Wziął by człowiek go wyciągnął i usiadł normalnie. Ale jak by usiadł, to by znowu siedział. Znowu by siedział i znowu nic nie zrobił.
Nie, żeby to był taki heroiczny wybór, że oto zostaję w imię rozwoju. Gdzie tam – gdybym tylko mogla, zaraz bym się spakowała i sru starą teelką na prawy brzeg Wisły. Jak by jednak nie patrzeć, przeprowadzka nad to zimne północne morze (nie, no żarcik taki – tu nie ma morza, morze jest w Szczecinie ;)) była moim suwerennym i wolnym wyborem, wpływającym ponadto na życie jeszcze kilku innych żyć. Tak że tak srunąć to teraz sobie nie mogę. Ale skoro już tu jestem i tak mnie fakt ten gniecie i uwiera, niech uwiera mnie twórczo oraz konstruktywnie.
No więc mam tu taki plan kojący jak balsam na bolący tyłek.
Plan nazywa się „Dwa płuca”.
I o tym teraz będzie to moje pisanie.
Znaczy się nie tylko o tym – wiadomo, że czasem wskoczy coś innego. Większość tekstów będzie jednak o lokalnych eksploracjach.
O Lublinie wiem sporo i mogłabym nawijać bez opamiętania. I nawijać będę przy każdej wizycie. Z kolei Pomorze to dla mnie wciąż nieznany ląd, a tak szczerze i uczciwie to niezbyt mam motywację, żeby go poznawać.
Mam jednak dzieci. I zależy mi, żeby były ciekawe świata. Ciekawe miejsc, ciekawe ludzi. Otwarte. Pełne pasji. Żeby szukały, pytały i uczyły się budować zamiast siedzieć i czekać, aż ktoś przyjdzie i im da. Żeby wychodziły, żeby odkrywały.
I to ostatnie chcę robić razem z nimi. Wraz z nimi odkrywać ten nieznany teren (oraz pokazywać ten znany i ukochany) i pisać, co znaleźliśmy i co o tym myślimy.
I przy okazji trenować fotografię lajfstajl.
No i proszę – ile to spraw można połączyć w jedno. Optymalizacja, Moi Mili Państwo. Rozwijanie pasji foto, robienie użytku z miłości do pisania, inspirowanie potomstwa do twórczego życia, praktyczne wykorzystanie wiedzy o moim ukochanym miejscu na ziemi, poszerzanie horyzontów o wiedzę o aktualnym, rodzinna integracja, a do tego masowanie bolącego zadka.
Genialne, czyż nie?
Zatem do zo na szlaku, a tymczasem zostawiam tu obrazki z bazy wypadowej, czyli naszej okolicy jesienną porą (ważne info: nie, nie mieszkamy w żadnym z tych budynków).




