Można ocipieć.
A można też nie.
Choć to ostatnie to dosyć spore wyzwanie. Narodowa kwarantanna (tak to się chyba oficjalnie nazywa) trwa już około półtora miesiąca. Z racji bycia aspołecznym dzikiem brak życia towarzyskiego specjalnie mnie nie boli. Ale zawieszenie wszystkich zajęć i eventów, w których udział brałam lub brać zamierzałam, wcale a wcale mi się nie podoba. Tym bardziej, że to zawsze oddech od mamowania, po którym wraca się do domu ze zdrowym dystansem i z nowym powerem otwiera się drzwi. A tu od drugiej połowy marca mamy maming 24/7, i to jeszcze taki serio level hard: place zabaw zamknięte, na spacery nie można, wszelkie zajęcia dla dzieciaków odwołane do odwołania. W zasadzie wolno tylko siedzieć w chałupie. Znalazłam wprawdzie dwie króciutkie traski na spacery na nielegalu, ale nie wiadomo przecież, ile to wszystko potrwa: i co – dzień w dzień tylko dom, Nadzbiornik i Zapsychiatryk? Kurde, co tu zrobić, fioła przecież dostaniemy. Starszy Młody wtórnie zdziczeje i się zanudzi, a ja znowu muszę odłożyć na później większość aktywności tak wyczekiwanych w tym koszmarnym limbo z czasu drugiej ciąży.
Przerąbane, no po prostu przerąbane.
Nagle – gwizd!
Nagle – świst!
Para – buch!
Koła – w ruch:
Mądry pan Mies van der Rohe twierdził wszak, że less is more.
Przecież to okazja na świetne ćwiczenie. Nie tylko dla mnie, ale i Młodego. Odnaleźć samej i jemu pokazać, ile fajności mamy w promieniu max trzystu metrów.
Wiosna się skrada dosyć powoli, ale jednak codziennie podrzuca coś nowego. Biorę więc chłopaków na działeczki za psychiatryk i sprawdzamy tam sobie organoleptycznie, o co chodzi z tymi pączkami na drzewach. Wdychamy zapach kwitnących jabłoni, pierwszy raz oglądamy żywego dzięcioła. Sprawdzamy w guglu, jakie to drzewa tak świeżo pachną z obrzeży cmentarza (ach, ta nasza okolica…). I już po jakichś trzech czy czterech dniach Starszy Młody sam mnie prosi o przystanki na trasie: „Mama pokaże liście!”, „Mama, dotknij gałąź!”

No i – last but not least – znów wyciągnęłam z szafy aparat. I znów wkręciłam się na całego. Do tego stopnia, że wznowiłam moją facebookową zabawę i stworzyłam dla „Szkiełka…” osobną fejsową stronkę. I wrzucam konsekwentnie dwa razy w tygodniu rzeczy robione teraz, na świeżo. W promieniu tych maksimum trzystu metrów od domu. Albo też i w samym domu – materiału do portretów jest wszak coraz więcej 😉 A jak się Marcin zajarał tym robieniem zdjęć – jeszcze sto razy bardziej niż kwieciem jabłoni (czaicie: obiektyw, wyświetlacz, lampki, guziki…). A jak mi jeszcze pozuje dziad jeden i jak się wykłóca, kiedy chowam sprzęt!



A w ogóle to maksymę mądrego pana Miesa wypiszę sobie chyba na sztandarach. Złapałam się na tym, że większość obrazków robię aktualnie w skali szarości. A że w większości są to portrety, od razu jest fokus na emocje na dziobach. Emocje w dodatku nader wyraziste, więc patrzy się na to zaiste przyjemnie i w radosnych pląsach wrzuca w internety.



I – tak, cały czas czekam niecierpliwie na koniec zarazy. Na wyprawę z chłopakami na plac na Garnizonie, na kawę w Sztuce Wyboru lub Bazarze Natury. Na wypad autobusem na dworzec we Wrzeszczu, by kupić sobie z Marcinem po drożdżówie z kruszonką i z okolic peronów oglądać pociągi. I żeby znowu iść na strzelanko. Na rower, na zakupy, na Mszę nie-online.
I by móc wreszcie znowu spakować walizkę i ruszyć w kierunku południowy wschód.
A jednak to TERAZ znów wyjęłam aparat i to TERAZ znów zaczęłam coraz bardziej skracać noce, bo samo się to wszystko (na szczęście) nie obrobi.
Przypadek?
Nie sądzę.
Tak, odosobnienie i u mnie zmieniło wiele. Patrzę inaczej, myślę inaczej, jestem – inaczej.I choć już znowu więcej możemy, to poprzednie zdanie jest nadal aktualne:) Pozdrawiam
PolubieniePolubienie