Much more

„Makes much more sense to live in the present tense…”

Pearl Jam nie słucham już od dosyć dawna, a płyty „No code” to już wogle wogle.

Ale ten cytat jest ze mną przez cały czas.

Póki co na zasadzie raczej wishful thinking. Bo nie to miejsce, bo nie ten moment, bo nie ci ludzie i okoliczności.  Bo jak pojadę znów do Lublina, jak Marcin wreszcie pójdzie do żłobka. Jak Krzychu zaśnie, jak się nauczę (bo teraz rzecz jasna jeszcze nie umiem). Jak już będzie wiosna, jak już będzie lato, jak znów będzie jesień i kolejna zima. Jak śnieg spadnie. Jak się stopi. Jak XY przyjedzie, jak XY pojedzie. Po trzydziestce. Po czterdziestce. A ostatecznie po pięćdziesiątce. Ciało tu, a łeb daleko.

Zaczęłam jednak pracę z personalnym trenerem bycia tu i teraz. A bywa on bezwzględny i jeńców nie bierze. Tak i ot po prostu powiesz do niego:

– Marcin, a wiesz, że pojutrze będzie ciocia Ela? – i masz przechlapane: trener do twoich wypowiedzi podchodzi selektywnie i okoliczniki czasu traktuje jak ciągi spacji. Natychmiast porzuca aktualne zajęcie i od tej chwili słyszysz już tylko: „Ciocia Eja ciocia Eja ciocia Eja ciocia Eja!!!”

Albo:

– Marcin, zjedz obiad, a później pojedziemy oglądać pociągi – i znowu na nic wszelkie tłumaczenia, że NAJPIERW obiad, a pociągi PO. Micha idzie w odstawkę, a typ lata po chałupie mentalnie już na dworcu Wrzeszcz PKP. A do ciebie powoli zaczyna docierać, że czarny pas z majndfulnesa albo sczeźniesz marnie. Master level w modnej sztuce celebracji chwili albo nic wam się nie uda zrobić do końca.

A tak już uderzając w poważniejsze tony: aktualnie eteryczna iskierka Marcin i aktualnie srogi gladiator Krzychu zmieniają się w takim tempie, że po komicznie koślawych gadkach Marcina czy Krzychowych fałdach tłuszczu à la Jabba Hutt ślad niedługo żaden nie pozostanie. A ich ledwo duchem obecna matka ronić będzie słone łzy, że dostrzegała to wszystko tylko kątem oka mieląc w duszy gorzkie żale, że nie robi w tej chwili XYZ w miejscu ABC. A jeszcze lepiej to DEF, i to teraz zaraz już.

No właśnie. Życie skorygowało część moich planów, w tym tych blogowo-samokształceniowych. Ze żłobem nam nie wyszło, a co za tym idzie nadal będę miała zaszczyt kultywować na trzy etaty interakcje ze zstępnymi.

Nie tak być miało i troszkę mi żal. Niemniej Carrie Fisher radzi: „Weź swoje złamane serce i zamień je w sztukę” (tak, okładka styczniowych „Wysokich Obcasów”). To ja może pójdę właśnie w tę mańkę i spróbuję zamienić w sztukę tę swoją codzienność.

Na ile starczy sił i umiejętności.

Warunkiem mądra miłość i pilna nauka u mojego wymagającego personal trainera.

P.S. Najcodzienniejsza codzienność, suterena budynku zaraz obok nas. A proszę bardzo, jaka ładna fotka.

9

Można? Można.

 

 

 

Dodaj komentarz