Co i po co

Tym razem nie będzie podsumowania. Końca dobiegł najkoszmarniejszy jak dotąd rok mojego życia. I choć końcówka była w sumie całkiem okej, choć owoce tych miesięcy wydają się być dobre i stwierdzam z satysfakcją, że granice mojej wytrzymałosci okazały się leżeć dalej niż przypuszczałam, konkretnych wydarzeń i sytuacji wolę nie pamiętać.

Chętnie natomiast wymienię w kilku punktach, o co będzie tu chodziło od drugiej połowy stycznia.

Bo tak sobie umysliłam, że poza samą radością pisania i dzielenia się różnymi tam rozkminami blogasek pod tytułem Czterdzieści i trzy będzie odtąd pełnił dla mnie funkcję motywatora.

Jest bowiem kilka spraw na tym świecie, którymi zajmować sie lubię oraz chcę. Oraz łamane przez lub, bo z tym lubieniem sprawa bywa labilna. A z tym chceniem… cóż. Też bywa, ze nie tyle CHCĘ, co raczej CHCIAŁABYM i nic z tym nie robię, bo NIE CHCE mi SIĘ. Widzę w nich jednak wartość na tyle, że szukam narzędzi do kopania się w tyłek, by samo tylko chcenie zamienić w robienie. Nie oczekuję rzecz oczywista, ze trzy czwarte internetów wyda z siebie donośne BUUU dezaprobaty, kiedy pomimo zapewnień tekstu nie napiszę. Było nie było ktoś tutaj jednak czasem zagląda i to potencjalne BUUU z jego strony da mi mam nadzieję kopa do roboty, skoro sama siebie tak często kopnąć nie potrafię.

No bo żeby skrobnąć tekst, trzeba mieć materiał. A żeby go mieć, trzeba sobie go dostarczyć. A jako, że duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe, zapowiedzi, że tak tak, będę tu pisać o iks igrek zet i grożące mi wspomniane już potencjalne BUUU okażą się mam nadzieję bodźcem niezawodnym, by i kontent dostarczać i tworzyć o nim jakieś w miarę ładne zdania i przede wszystkim generować go sobie w realu.

A zatem, a więc.

Cztery stałe tematy, każdy raz w miesiącu.

1. „Less is more” – jak zwykł był mówić Mies van der Rohe (no dobra – pierwszy podobno był Peter Behrens).

Cóż, w ostatnich latach czasu w moim ukochanym Lublinie spędzam jednoznacznie less niż more. I żal mi oczywiście, żal mi jak cholera, że na zakupy chodzę do Lidla przy Bałtyckiej zamiast do Leclerca przy ulicy Zana, na pączki przy Manhattanie zamiast na gofry na targ na Wileńskiej, a na Msze na Brętowo zamiast na Poczekajkę. Zestawień takich mogłabym zrobić tutaj z kilkadziesiąt. I – tak, pewnie jest to najzwyklejsza racjonalizacja, niemniej kiedy pomyślę o tych dzikich uniesieniach będących moim udziałem przy wizytach tak rzadkich, że trzeba je po prostu wycisnąć na max, stwierdzam, że w tym przypadku chyba faktycznie less is more. I że aż żal by było tych ekstaz i lewitacji nie przerobić na słowa i fotoobrazki.

Stąd też pomysł na cykl tematyczny „Lublin na wariata”.

Kiedy tylko Młodszy Młody (tak, jest z nami taka sympatyczna postać) osiągnie wreszcie wiek pociągowej dojrzałości, zamierzam ruszać z chłopaczkami na podboje Wschodu średnio co miesiąc i spędzać tam tydzień lub coś około. Trudno przewidzieć tu konkretne daty oraz co mnie w danym miesiącu ruszy do pisania, stąd ten wariat w tytule. Ale chcę, żeby każdy pobyt owocował tekstem i seryjką coraz lepszych zdjęciowych ilustracji.

2. Drugi z tematów to fotografia. A tytuł cyklu to „Szkiełko i oko”.

Cóż – sytuacja wygląda tak, że przez różne przeżycia niezbyt przyjemne, acz dosyć mocno absorbujące od bodajże marca-kwietnia w ogóle nie miałam w rękach aparatu. A nie, przepraszam – na początku października raz mi się zdarzyło przy okazji wyjmowania go z torby celem oddania tejże do naprawy (a, czyli w sumie to nawet dwa razy, gdyż po naprawie musiałam go jeszcze z powrotem do niej zapakować). A w Lightroomie i Photoshopie kompletnie już zapomniałam co się gdzie naciska i który guzik co mi pozmienia. A jako że wreszcie wróciłam do żywych, fajnie by było zabrać się znowu do mojej ukochanej pod słońcem czynności, czyli obróbki fotek przeze mnie wykonanych.

Gdy Starszy Młody w połowie stycznia zacznie wreszcie żłobek, wykroić trochę czasu z doby raczej się już da. Zamierzam więc raz jeszcze przejść przez kursy z Akademii i koniecznie powrócić do robienia swoich rzeczy.

Ale Szkiełko służyć ma gadaniu o przeróżnych fotorzeczach. Nie tylko meldunki, że ogarniam maski, nie tylko wrzucanie najnowszych obrazków. Jeżeli coś mnie ruszy u kogoś innego, pójdę na jakieś fotospotkanie, obejrzę wystawę czy przeczytam wywiad i będę miala ochotę coś o tym skrobnąć – droga otwarta. Ma być po prostu o fotografii. Na fristajlu i z otwartą głową.

3. Czytałam niedawno z Marcinem książeczkę pt. „Kotek Dyzma”. Na stronie 13 tejże książeczki rzeczony kotek Dyzma zauważył, że pies i kaczka z jego podwórka świetnie pływają. Gdy Marcin powtórzył po mnie słowo „pływa” kończące jeden z wersów dotarło do mnie jakoś wyjątkowo mocno, że przy moim stylu życia i podejściu do podejmowania życiowych aktywności chłopaki o pływaniu czytać będą w książkach, a w realu w basenie czy jeziorze małego palca u nogi nawet nie zamoczą. Tymczasem chciałabym, by moi synowie brali rzeczywistość w dłonie i twórczo z niej korzystali. Nie siedzieli z boku patrząc na nią przez szybę, lecz konstruktywnie się w niej babrali. By nie siedzieli w oczekiwaniu, że ktoś skądś do nich przyjdzie i da spełnione życie. By nie bali się wychodzić. I żeby wychodzić serio im się chciało.

Tylko żeby tak się stało, muszą mieć się tego od kogo nauczyć. Jeśli chcę, by kształtowali swoje życie twórczo i aktywnie, muszę dać im taki wzorzec. A że u mnie samej mocno jest z tym kiepsko, potrzebuję również sama się wyćwiczyć. Stąd pomysł cyklu pt. „Nie spać, zwiedzać!”. Co miesiąc o jakimś wyjściu z chałupy. Z dziećmi, z mężem czy też samej. Doświadczanie, poznawanie, ruch dla mięśni i umysłu. I last but not least budowanie relacji – żeby chłopaki o tym także nie czytali tylko w książkach.

4. „Szukajcie, a znajdziecie”

Na jak długo i jak daleko nie polazłabym gdzieś na bok, ilu pseudowartości bym sobie nie wmówiła i jak długo nie byłabym obojętna i powierzchowna, i tak koniec końców zawsze mi wychodzi, że źródło sensu i szczęścia znajdę tylko w Bogu.

Tylko że jestem jak Niewierny Tomasz (swoją drogą kto mu wymyślił taki przydomek – niewierny przecież równa sie wiarołomny; tymczasem Tomasz był li i jedynie Tomaszem niedowierzającym) i świadectwa innych mi nie wystarczają – potrzebuję sama dotknąć i doswiadczyć. Że Bóg nie tylko jest, ale też że jest miłoscią (bo jak nie, to kurczę kiepsko).

No i właśnie – tutaj też jest potrzebna moja aktywność. Bo żeby odnaleźć, z reguły trzeba najpierw trochę poszukać. A ja i w tym temacie działam zrywami, i to do tego dosyć krótkimi. Stąd pomysł, by i o tym pisać w formie comiesięcznych tekstów. Cel jak w przypadku pierwszych trzech tematów: radość pisania o kwestiach dla mnie istotnych plus motywacja do systematycznego zaangażowania.

5. „Inne beczki”  – wpisy na wszelkie inne tematy.

Tak że tak to ma teraz tutaj wygladać. Bloga roku pewnie z tego nie będzie. Ale ja za to będę miała kopa w zadek, a może ktoś jeszcze znajdzie w tym wartość.

Do zobaczenia zatem w drugiej połowie stycznia. A tymczasem fotka z Gdyni spod Muzeum Emigracji. Z dzisiejszym tekstem związek jej jest żaden, ale niedługo pewnie coś tu o tym wpadnie.

20191208_103327

Dodaj komentarz