Dwa schodki pod górę na kładkę nad targiem. Jeżeli idziemy głównym pasażem. Bo jeśli od Wileńskiej, to schodów dwie serie. Czy tak, czy inaczej na kładce na prawo, pod markizę z krawcem i fryzjerskim stuffem. Następnie drugie wewnętrzne drzwi i oto jesteśmy w świątyni LSM. Co prawda zamiast woni kadzidła otoczą nas raczej zapachy sezonowych specjałów ze stoisk na dole, z wyraźną dominantą kiszonej kapusty. Ale tak to już właśnie jest na Wileńskiej – w tej plątaninie ceglanych prostopadłościanów pod dachami w zygzak. Zaułki i zakamarki, winkle i załomy. Schodki i kładki i stoły z betonu. Fryzjerzy i kosmetyczki i sklepy z ziołami. Rybne i spożywczaki, piekarnie i garmażerki. Owoce, warzywa, legginsy ze Wschodu. Staniki, skarpety i kiszona kapusta. No i oczywiście Najlepsze Gofry Świata.
Cegła miejscami już poszczerbiona, beton gdzieniegdzie też nieco kruszeje. Pękają leciwe płytki chodnikowe, na framugach okien odpryskuje farba. Nic w tym jednak specjalnie zaskakującego – targowi stuknęła już pięćdziesiątka. Tak jak i całemu osiedlu Słowackiego. Nie ma chyba jednak lepszej miejscówki, w jakiej mogłoby uwić sobie gniazdko odkryte przeze mnie w lutym Muzeum Osiedli Mieszkaniowych.
Najbardziej oryginalne osiedle LSM, stworzone na bazie nietypowej idei. Nietypowej zwłaszcza jak na lata sześćdziesiąte, czyli czas tworzenia projektu i jego realizacji, zakończonej w roku 1972. Wiecie, stawiamy szarobure klocki, o tu i tu i tu – dwadzieścia takich samych i piętnaście podobnych, tu mamy taki schemat mieszkania, nada się dobrze – walimy we wszystkich, co tu kombinować. Nie czas na finezje i jakieś własne gusta – jest plan, trza wykonać; każdemu według potrzeb, a te są takie same.
A tu przychodzi sobie taki Oskar Hansen, przychodzi jego małżonka Zofia. A wraz z nimi jakiś taki dziwny pomysł, że z tymi potrzebami to chyba nie do końca tak. Wymyślają jakiś Linearny System Ciągły, jakieś strefy obsługiwane i obsługujące, jakieś wydzielanie stref wypoczynku i izolowanie ich od ruchu kołowego, i w ogóle jakaś Forma Otwarta, jakieś niedookreślanie form przestrzennych w osiedlu, żeby mieszkańcy mogli to sobie dalej ogarniać stosownie do aktualnych potrzeb i preferencji (a to nie jest wszystko stałe, jak szary dziesięciopiętrowy prostopadłościan z siatką kilku setek okien?), jakieś umieszczanie ścian nośnych od zewnętrznej strony mieszkań, tak, by lokatorzy mogli sobie sami kształtować swoje lokale, jakieś balkony różnej wielkości, jakieś kolorystyczne wyodrębnianie obrysów mieszkań na zewnętrznych ścianach; ciągle ta indywidualnośc i indywidualność… Peerel, lata sześćdziesiąte dwudziestego wieku i takie oto jaja. I jeszcze te pawilony targowe i sklepowe, przedszkolne i MDK-owskie w formie układu jakichś wielokątów z kształtem dachów inspirowanym… uwaga… hiperbolą paraboliczną. No to są już doprawdy jakieś aberracje.
Tymczasem – tak. Osiedle powstało i stoi po dziś dzień. I doczekało się już zaszczytnego miana kultowego. Choć ukryć się nie da, że na dzień dzisiejszy wygląda już raczej troszkę jak skansen. Retro, oldskul i wintydż na pełnej.
I w takiej to oto wintydż scenerii mieści się wspomniane wcześniej muzeum. Jak Forma Otwarta otwarte na ludzi. Obok wielkich arkuszy na stelażu praktycznie od podłogi do sufitu, prezentujących w tekście i fotografii historię powstawania każdego z siedmiu osiedli na „Słonecznych Wzgórzach” (Aaaa!!! A tej huśtawki to już dawno nie ma i tak mi jej żal i już się nie spodziewałam, że jeszcze ją zobaczę! Aaaa, o kurde, to jest ten zakład od prefabrykatów dla osiedli z wielkiej płyty, ten za betonowym ogrodzeniem z drutem, ten co to teraz Leclerc tam stoi!) wisi sobie wielka mapa LSM. Bierzecie do łapy brystolowy kwadracik, taki w kolorze papieru do paczek, i piszecie swoje wspomnienia gdzieście byli coście widzieli gdzieście pili piwo i chodzili na wagary. Karteczka plum do mapy i zostaje dla innych, którzy również dodadzą tu swoje pięć groszy. Biblioteczka z publikacjami dla freakniętych lokalsów („50 lat Lubelskiej Spółdzielni Mieszkaniowej”, „30 lat Domu Kultury LSM” czy „Spółdzielcze osiedle mieszkaniowe. Monografia socjologiczna osiedla im. A. Mickiewicza Lubelskiej Spółdzieli Mieszkaniowej” Jana Turowskiego i Ryszarda Mitaszki), jak i tych zaciekawionych ideą spółdzielczości oraz jej rozwojem w praktyce. O, albo o muzeach partycypacyjnych, do których MOM właśnie się zalicza. Albo w gablotce z oryginalnej meblościanki z dykty broszurka z epoki „Komitety blokowe miasta Lublina”. No perła, czyż nie? O, albo smakowicie obszerny segregator z opisem WSZYSTKICH zainstalowanych po rożnych miejscach na dzielni owoców Lubelskich Spotkań Plastycznych – bierzesz, siadasz i masz tam wszyściutko: co, kto, kiedy, z czego, jak nazwał, gdzie stoi, jak funkcjonuje w świadomości ludzi z okolicy. No i obok całego tego bogactwa ekspozycja audiowizualna zbudowana – i wciąż budowana – z przedmiotów „z epoki” dostarczanych przez lokalsów. I tak chodzicie/stoicie/siedzicie i oglądacie (O kurde, ej, taki sam telefon miałem! Ej, a ta pocztówka z mrugającą babką! Magnetofon Grundig! Stare radio Bolero!), a na uszach słuchawy z opowieściami o plotach w salonach Praktycznej Pani, o sadzeniu pierwszych drzewek w czynach społecznych, na które to ludzie chodzili, bo chodzić chcieli, czy o jakże wtedy autentycznych więziach między sąsiadami…


















No tak, większość to poetyka „kiedyś to było”. Jednak twórcy i animatorzy przedsięwzięcia MOM wkładają kupę czasu, pracy i twórczego zaangażowania, by docelowo wybrzmiało: „Ale teraz to JEST”. Wychodzą w teren, pytają, rozmawiają, inspirują i organizują. Słuchają, dialogują, wyciągają wnioski. I robią ile wlezie, by na zbiorach muzealnych się nie kończyło, ale by ludziom z dzielni – no po prostu – żyło się lepiej, stosownie do ich aktualnych potrzeb i preferencji. I jeszcze wychodzą poza elesemy, odwiedzają szare kolonie betonowych klocków w krajach dawnego bloku wschodniego by rozmawiać z ludźmi o otwartych głowach, jak do tej szarości wpuścić życie i kolory.
Brzmi znajomo? Cóż, wychodzi na to, że Hansen nie umarł, ale Hansen wiecznie żyw, a duch jego dryfuje i nad hiperbolą, i nad parabolą, i gna hen poza lubelski Linearny System Ciągły osiedla Słowackiego, by trochę namieszać gdzie tylko go wpuszczą.
A tak w ogóle, to jestem w Lublinie do soboty rano – ktoś chętny na wizytę w gniazdku nad targiem? (Aaa, i zapomniałam – herbatę tam dają!). A potem oczywiście „Gofry u Ireny”.
Uwaga, lista otwarta, czekam na zgłoszenia. Chodźcie ludzie, będzie dym.
A czy to nie Ty mi pisałaś, że te pawilony chcą zrównać z ziemią i postawić jakieś centrum handlowe? Albo blok?
PolubieniePolubienie
Nie, nie ja. Ale temat z centrum handlowym faktycznie pojawia się gdzieś w eterze od co najmniej kilku lat (przy okazji przepraszam za odpowiedź po ośmiu miesiącach, ale to był czas kompletnie wyrwany z życiorysu. Trochę z resztą będzie o tym w następnym poście).
PolubieniePolubione przez 1 osoba
No właśnie widziałam, że miałaś jakąś przerwę. Wiesz, czasem życie daje o sobie znać i wtedy sprawy blogowe muszą odejść na dalszy plan. Ważne, że nie skasowałaś bloga, bo potem się tego żałuje. Wiem z autopsji 🙂
I już jestem ciekawa tego Twojego postu!:)
PolubieniePolubienie