Dekonstrukcja 2.0

… choć w sumie to chyba już jakieś 5.0. Ale druga aż tak długa. Czy raczej – przewidywana na tak długi czas.

To ostatnie to dlatego, że przyczyna… no… taka jak poprzednio.

Czyli potrzyma mniej więcej do połowy października.

Na szczęście aż tak źle jak wtedy to tym razem nie jest. Dostałam tymczasowo hydroksyzynę i w połączeniu z wiosennym słońcem coś to chyba daje. Niezbyt wiele, ale zawsze. A w obecnych realiach niezbyt wiele to to już sporo. I choć niemal co rano przeżycie kolejnego dnia wydaje mi się graniczyć z niemożliwością, chociaż celem nadrzędnym jest dowleczenie się jakoś do tej dwudziestej drugiej – dwudziestej trzeciej i pełne ulgi wlezienie pod kołdrę i odlot do fikcyjnego sennego świata, choć czarne myśli i lęki wsiadają na grzbiet, duszą i skracają pierwszy świadomy oddech, staram się wyrywać im te kolejne.

Robota jest przy tym jak w kamieniołomie przy trzydziestu stopniach w cieniu i braku dostępu do źródła wody pitnej. Ale – cytując klasyka – „I had a dream… A beautiful dream…”

Nie, no jaja sobie robię – sen ten należał raczej do koszmarów.

A właściwie – sny.

Śniło mi się mianowicie już parę ładnych razy, że zwiewam co sił goniona przez wilkołaki czy jakieś inne dziadostwa tego pokroju. Które oczywiście pragną mnie zeżreć, czy w jakiś tam inny sposób uszkodzić. Ja uciekam, one gonią, aż w końcu któryś sukinsyn mnie dopada. I już myśli dziad, że wygrał, i już by widział we mnie lunch czy brunch. A ja mu wtedy wsadzam ręce w paszczę i otwieram ją szeroko. Muszę użyć do tego całej swojej siły – bestia ostro ze mną walczy, czuję na dłoniach nacisk jej solidnych zębów. Tutaj oczywiście taki senny absurd – nie wiem, jak przez otwarcie paszczy drapieżnikowi można się obronić przed jego atakiem mającym na celu zeżarcie ofiary. Ale odłóżmy na bok logikę – sny mają swoją i czepianie nasze próżne; grunt, że jak dotąd w żadnym z tych snów zwycięstwo nie należało do napastnika. Ostatecznie nic mnie nigdy nie zeżarło; powiem więcej – skóry mi nawet zębami nigdy nie przebiło.

Nie udało się to także i goniącej mnie dziś w nocy panterze. Chciała, próbowała, ale ostatecznie rozwarłam jej paszczę, i choć włożyłam w to mnóstwo wysiłku, nie udało jej się nawet mnie poharatać.

I jakieś takie te sny są dla mnie znamienne. Bo choć ciągle jakieś dziady mieszkające w mojej głowie mają szczery zamiar dopaść zdusić zeżreć, to jakoś cholera średnio im idzie. To znaczy – łapanie i duszenie idzie wyśmienicie. Ale jakoś tak kurczę gdzieś im się wyrywam i zeżreć się nie daję, choć wieloletnia walka mocno wyczerpuje i chwilami jej wynik jest mocno niepewny lub wręcz z pozoru szala zwycięstwa przechyla się na stronę wroga. A jednak już niejednego wilka powaliłam na grzbiet, a z jego skóry zrobiłam sobie całkiem niezły płaszcz.

No i – ech… Wzdycham ciężko, bo oto przyplątał się wilk kolejny. Do Lublina niestety się nie przeprowadzimy. Że ciężko mi to przełknąć to mało powiedziane. W środku wszystko wyje we mnie też jak wilk, ale zdychający po przegranej krwawej walce ze zwierzem jeszcze większym i sporo silniejszym. Często się obawiam, że nie wytrzymam, zwariuję, zdechnę z tęsknoty za tym ukochanym miejscem na świecie. No ale jest jak jest, a ja tanio skóry sprzedać nie zamierzam. A w zasadzie to w ogóle nie mam zamiaru nikomu jej opylać. Stan zdychania mnie nie urządza i choć będzie to wymagało srogich rozkmin logistycznych, będę się starała nie tylko bywać tam jak najczęściej, ale jeszcze to bywanie twórczo przetwarzać ku uciesze mojej i być może, że nie tylko. Na razie nie będę niczego gadała z obawy przed finałem takim jak z projektem do Tczewa: taaak, taaak, zrobię taką super mega rzecz i takie to będzie fajne, i tyle przy tym będzie radości… A tu porobiło się jak się porobiło i od prawie dwóch miesięcy aparat leży w szafie, bo wyzwaniem stało się zrobienie sobie kawy.

Teraz wolę nie gadać, że łał łał co to będzie, ale raczej starać się mądrze przeżywać to, co jest. Na przykład robić użytek z odkrycia, że moje życie powinno płynąć w rytmie spokojnego, powolnego, głębokiego oddechu, bo inne tempo rozrywa mnie na kawałki. Że mówiąc głośno marnuję kupę energii, która zwłaszcza teraz jest dobrem mocno deficytowym. Że jeśli czarny szalik zamienię na rudy i zrobię do tego make up jak trzeba, mamy lekki level up w nastroju. Że po zamianie kiepskiego żelu pod prysznic na chowaną w szafie na później ukochaną oliwkę Yves Rocher z olejkiem arganowym z Maroka znów mamy jakiś milimetr do góry. Że przy muzyce sprząta się milej niż bez.

Tak, oczywiście, że te szaliki, mejkapy i oliwki z Maroka to w świetle eschatologii kompletne pierdoły. Że nie tu szukać szczęścia i źródeł radości. I tak, ja wcale tych źródeł tutaj nie szukam. Niemniej jednak takie pierdółki coś tam trochę pomagają i skoro mam taki problem z dotarciem do Źródła i skoro metoda szukania szczęścia od Ogółu do szczegółu jakoś u mnie uparcie nie chce zadziałać, to może – pod warunkiem zdrowego dystansu – zadziała metoda w stronę odwrotną.

Nie wiem, nie wiem, jedno wielkie nie wiem.

Póki co więc w myśl polecanej przez Reginę Brett zasady „Get up, dress up, show up” zrobię to, co zrobić mam, czyli wywalę śmieci i umyję wreszcie okna. I puszczę sobie do tego jakiegoś Bacha – stara już jestem i pora się wreszcie zapoznać z klasyką, a nie tylko hardrock i zimna fala.

P.S. Odpalam przeglądarkę, żeby wejść na WordPressa, a gugiel mi po oczach takim cytatem: „I may not have gone where I intended to go, but I think I have ended up where I needed to be” (Douglas Adams)

Dziękuję Pan Gugiel. Życie zweryfikuje, ale obstawiam, że coś w tym chyba jednak kurczę może być.

cropped-23b1.jpg

3 myśli w temacie “Dekonstrukcja 2.0”

  1. Ty chcesz do Lublina, ja chcę do Lubina:-) Samo życie.
    A co Cię tak do tego Lublina pcha? Jeśli o mnie chodzi to moje rodzinne miasto, więc odpowiedź prosta, a Ty?
    Czytam, że jesteś alergikiem, może takim uczulonym na cudne, piękne brzóski?:-) Ja będę cierpieć do późnej jesieni.

    Polubienie

    1. Ano u mnie ta sama sytuacja. Ukochane rodzinne miasto, ale to takie naprawdę ukochane – kursy przewodników miejskich, poznawanie historii i szlajanie się gdzie tylko popadnie z zachwytem w oczach. W życiu nie myślałam, że się wyprowadzę. No ale z pracą w moim zawodzie było dosyć nieciekawie, a do tego mąż z Gdańska – no a dla germanistów w Gdańsku wiadomo, że kupa roboty. No więc – dokładnie – samo życie. Ale zauważyłam, że odkąd tu nie mieszkam i tęsknię tak cholernie, przy okazji odwiedzin chłonę wszystko jeszcze ze sto razy silniej, percepcja się wyostrza i takich uniesień to chyba jeszcze jak żyję nie przeżywałam 🙂

      Polubione przez 1 osoba

      1. To prawda, człowiek chce się nasycić Lublinem na zapas:)
        Ja bywam często, przynajmniej raz w miesiącu, więc nie ma problemu.

        Polubienie

Dodaj komentarz