Siedzę właśnie w dawnym Rugby, a obecnej Kawie i Ławie na osiedlu Krasińskiego, w wiadomym mieście po wschodniej stronie Wisły. Swego czasu ulubiona miejscówka do gadania i tańczenia dla mnie i moich najbliższych znajomych, teraz odwiedzana przez nas już dużo rzadziej i bardziej ze względów sentymentalnych. Tak jak chociażby planowane na jutrzejszy wieczór i sentymentalne i jak najbardziej aktualne babskie ploty z Ewą, Basią, Magdą i Haliną.
Teraz jest jednak godzina czternasta, w środku poza mną jeszcze tylko jedna osoba gdzieś za parawanem. Ja zaś siedzę i delektuję się tą samotnością usilnie prosząc stojące przede mną espresso, by kopnęło mnie łaskawie w cztery litery. Przyjechałam tu na tydzień, by nie tylko szwendać się po dzielni i odpoczywać. Miałam pisać, miałam ostro focić, uczyć się Photoshopa i ogólnie robić masę twórczych rzeczy. Tymczasem jak przyjechałam cztery dni temu, tak plasnęłam o podłogę. Laptop w futerale kurzy się gdzieś w kącie stołu, a jedyne, na co się zdobyłam w kontekście fotografii, to wymiana obiektywu z pięćdziesiątki na kitówkę siedemnaście-pięćdziesiąt pięć i schowanie aparatu z powrotem do torby. Wena chyba nie wsiadła ze mną do pociągu, siły też zostawiłam na którymś peronie.
Nie, żeby było mi jakoś źle. W zasadzie to chyba nawet wręcz przeciwnie. Jako że sił do działania nie mam kompletnie (te wyduszane sama już nie wiem, skąd i w jaki sposób, idą na ogarnianie Młodego charczącego jak menel; gluty po kolana, matka wracaj i się zajmuj), niemal wszystkie wolne chwile przeznaczam na czytanie „Boga w wielkim mieście”. A w zasadzie przeznaczałam – do ostatniej kropki ostatniego zdania dotarłam wczoraj krótko przed północą, kolejny dzień z rzędu kradnąc sobie możliwość pójścia wreszcie względnie wcześnie spać zanim głodna paszcza znowu się otworzy. Co jednak począć, kiedy w domu na czytanie wielkich szans nie przewiduję, a wygląda na to, że trafiłam właśnie na jedną z najważniejszych książek w życiu.
Powiem tak. Weny do działania może i teraz nie mam. Ale to w zasadzie dobrze. Warto było czas w odmiennych realiach poświęcony zapewne na latanie z aparatem przeznaczyć na przeczytanie tych trzystu kilku stron. Bo wygląda na to, że Bóg naprawdę jest i może dać takie szczęście, że w pale się nie mieści. I cieszy mnie ta mocna dawka nowej motywacji, by wytrwale, uparcie i na poważnie dobijać się do Źródła tej najlepszej siły, do najlepszej inspiracji wszelkich inspiracji, którą chcę przeżywać jako tę najpierwotniejszą zamiast łazić gdzieś na boki i pić z lichych źródeł, których żywot niepewny i jakość wątpliwa.
Bo ja sobie mogę, wiecie, robić te projekty na warsztaty w Tczewie i celebrować każdą jedną płytę w wielkiej płycie. Może nawet i będzie jarało mnie to wprost i bezpośrednio. Może i będzie. Dopóki nie umrze ktoś dla mnie ważny. Dopóki nie zachoruję na – dajmy na to – raka. Dopóki nie zobaczę kolejnego zdjęcia dziecka z wenflonem w głowie. Już od dawna mam poczucie (żeby nie było – mówię tu za siebie i tylko za siebie), że jeśli moje działanie nie będzie pochodną relacji przyjaźni z Bogiem, wszelka moja aktywność będzie tak naprawde chaosem bez korzeni, a z tej jakże przeze mnie hołubionej wielkiej płyty będę tak naprawdę budować sobie schron przed poczuciem ostatecznego bezsensu. I nie wyjdzie z tego żadna solidna przeciwatomówka, ale raczej coś na kształt ziemianki na kartofle, w której nawet kartoflom nie wróżę długiego żywota.
Tak więc – podsumowując – dobrze się stało. Nie chciana wcale przeze mnie niemoc znowu przyniosła dobre efekty i pomogła odwrócić wzrok od drobnych monet, ponownie kierując ten oporny łeb w stronę wielkiej, jasnej bryły najczystszego złota. W świetle której wszystko widać takim, jakie jest naprawdę i człowiek nie potrzebuje już się chować ani oszukiwać.
Tylko weź już się kobieto więcej nie odwracaj i niech już ci to złoto zaświeci na dobre.
P.S. jakiegoś tam Hansena jednak w końcu zrobiłam. Ale to tak totalnie na odpieprz i telefonem – na fanpejdżach łyse linki głupio wyglądają, a ja nie lubię jak mi link głupio wygląda.

Ooo, Lublin i pawilony na Wileńskiej:))
Powiem Ci, że w tej czarnobiałej wersji one wyglądają gorzej chyba niż w rzeczywistości. Nic dziwnego, że mają je wyburzyć i postawić coś nowego. Choć trochę mi żal:-)
PolubieniePolubienie
Kurczę, a myślałam, że plany ich plany likwidacji zostały już porzucone. Tak szczerze to według mnie najlepszym rozwiązaniem byłoby solidne ich odremontowanie, ale likwidacja to nieee… – jak by nie patrzeć jest to jednak rodzaj lokalnego zabytku i chyba w ogóle jest to taki nieofocjalny zabytek – tak to nazwijmy – humanizującego nurtu w architekturze czasów PRL. Hansenowskie pawilony Młodzieżowego Domu Kultury na Skierki zoatały wyburzone i jednak łezka się w niejednym oku kręci.
PolubieniePolubienie
No tak, w Warszawie takie budynki traktuje się jak zabytek, bo jest to rodzaj zabytku przeszłej epoki:) Także ja też wolałabym, żeby pawilony zostały!!
A z innej beczki, próbowałam wejść na Twojego bloga, czy on jest zamknięty, czy ja coś źle klikam?
PolubieniePolubienie
Dla pewności sprawdziłam – u mnie chodzi.
PolubieniePolubienie
Już wiem!! Bo ja klikałam w ten opis z gravatara!! A to jest już pewnie nieaktualny link. „mariagorna.wordpress.com”
PolubieniePolubienie
Taaak, dokładnie! Kurczę, jeszcze chyba nie wszystko ogarniam w tych wordpressach i przyległościach 🙂
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Jeśli chcesz, żeby nikt się nie błąkał „po internetach” w poszukiwaniu Ciebie, popraw:)
PolubieniePolubienie