Formalnego wyrafinowania dzisiaj tu nie będzie – piszę szybko na kolanie, by wyeksportować z głowy jak najwięcej myśli zanim Młody skończy południową drzemkę i trzeba będzie kontynuować zapauzowany zapiernicz.
Zatem – fakty, fakty, fakty.
Dwa tysiące osiemnasty był rokiem owocnym i intensywnym. Co nie znaczy łatwym, gładkim i pełnym puchatych zajączków kicających uroczo po zielonej łące. Zwłaszcza ostatni kwartał nieźle mnie wymęczył. Nie raz i nie dwa miałam szczerą ochotę rzucić wszystko w cholerę i może niekoniecznie wyjechać w Bieszczady, ale na pewno udusić męża poduszką szybko i skutecznie. Z resztą pewnie i vice versa. Dlatego też w ścisłej czołówce sukcesów odniesionych w minionym roku umieszczam fakt, że obydwoje nadal żyjemy i jesteśmy chyba nawet trochę mądrzejsi i Akcji Poduszka raczej byśmy jednak troszkę żałowali.
Ale (uwielbiam to sformułowanie) cofnijmy się nieco wstecz.
Pod koniec marca z flakami wyprutymi zwłaszcza podczas jazd doszkalających zrobiłam wreszcie to prawo jazdy i od sierpnia jeżdżę sobie radośnie w tę i we wtę czując się jak hajłej star (choć lusterko raz już poszło i błotnik się naderwał. No ale kto to widział stawiać takie wąskie bramy) i trąbiąc komu tylko popadnie, że w moim osobistym rankingu zaj***stości prowadzenie autka lokuje się w najściślejszej pierwszej trójce.
Ale dalej.
Pod koniec lutego wymyśliłam sobie fejsbukowy fotoprojekt zgrabnie zatytułowany „Szkiełko i oko”. Oto, o co w nim chodziło:
„Robić lubię różne rzeczy. Jednak tym, co przełącza mnie na tryb autystyczny i przy czym zapominam o czasie i przestrzeni – a w porywach i o spaniu – zdecydowanie jest fotografia.
Jakiś tydzień temu leżałam padnięta i gapiłam się w sufit nie mając siły ruszyć żadną z czterech kończyn. Zaczęłam więc – uwaga – myśleć. I wyszło mi, że rozwijam się w tempie wskazującym jednak głównie na spanie. Albo na cokolwiek innego, ale na pewno nie na solidną pracę w temacie.
Albo inaczej.
Foty, owszem, robię, i to całkiem sporo. Mam jednak wrażenie, że jedna od drugiej różni się coraz mniej, a czwarta od trzeciej to już prawie w ogóle. Cóż jest powodem, gdzież leży przyczyna?
Otóż.
Otóż popadłam w straszny schematyzm. Treści wokół tyle, że nic, tylko łapać. Ja tymczasem kompulsywnie gonię za formą. No bo trójpodział. Bo linie prowadzące. Bo równe oświetlenie, bo szumów musi być jak najmniej. I efekt jest taki, że choć zdjęć robię dużo, to pokazać mam ochotę tak z cztery-pięć procent. Bo reszta jest nudna i przewidywalna, a zamiast życia jest geometria.
I tak sobie leżąc i dogorywając wymyśliłam dla siebie fotowyzwanie.
Będzie się nazywało „Szkiełko i oko”.
Zabawa polega na zamieszczaniu co trzeci dzień jakiejś świeżej foty. Świeżej w sensie i czasu, i treści, i formy. Bez spinania się o te cholerne trójpodziały, bez drżenia kolan, że ISO za wysokie. Żeby w efekcie zacząć robić obrazki, które żyją, a nie tylko ilustrują twierdzenie Pitagorasa.
Ćwiczyć zamierzam na tym, co mi się akurat pod rękę nawinie. Czyli głównie na moim codziennym otoczeniu. Będzie zatem zmasowany spam niemowlęciem, będzie foodporn i selfie przed lustrem (nie, no tutaj to oczywiście jaja sobie robię).
Co trzy dni obrazek, a obrazków ma być sto. Akurat do końca bieżącego roku. I tuż przed Sylwestrem zrobię sobie riwju, czy moje foty wreszcie zaczęły oddychać; czy zauważam, ile materiału otacza mnie w każdej minucie i czy zaczęłam wreszcie przekładać go na piksele. Tak jak moi ulubieni fotografowie, którzy – takie mam wrażenie – dostali gdzieś kiedyś książkę o zasadach poprawnej fotografii, przekartkowali ją, po czym stwierdzili: „E, nudne”, wzięli w garść aparaty i poszli w plener robić takie foty, jakie to im będą się podobały. Nieidealne, ale prawdziwe.
A zatem – czas zacząć.
Szkiełko i oko #1
Voila”
– i tutaj fotka mojego jakże wtedy jeszcze młodego syna:

Znając swój słomiany zapał obawiałam się jednak, że paliwo mi się skończy po góra trzech obrazkach i ogólnie wstyd na dzielni, bo znów odpuściłam, i to jeszcze publicznie.
Tymczasem poszły i trzy, i trzynaście, i trzydzieści, i sześćdziesiąt, a ja przeżywałam kolejne przygody robiąc zdjęcia ot tak pyk, jak również wypuszczając się na większe akcje w plener i wracając z siedmiuset RAW-ami na karcie.
Była i Justyna – najpierw (względnie) łagodnie i bez ekstremów:




a potem już ostre postapo z maczetą:




Była Emilka w słonecznej Małej Słońcy na początku lipca:






Dalej był ślub i wesele Gośki i Piotrka:




a w połowie listopada pierwsza wyjazdowa sesja rodzinna (tutaj bez wizerunków, ale próbki chyba całkiem sympatyczne):


A 22 grudnia, czyli w dniu planowanego zakończenia Szkiełka, mogłam opublikować taki oto post:
„Startując ze Szkiełkiem pod koniec lutego i znając jednocześnie swój słomiany zapał spodziewałam się zakończyć po numerku trzy. Może cztery, jeśli najdzie mnie jakaś nietypowa wena.
Tymczasem nie tylko, że dzisiaj zamieściłam numer sto, to jeszcze jestem na świeżo po powrocie z Tczewa, gdzie jeden z portretów ze Szkiełkowych sesji wisi od wczoraj na ścianie w Fabryce Sztuk jako część wystawy „Opowieści o kobietach”, zorganizowanej przez Katarzyna Gapska z FotoPoto.pl Katarzyna Gapska i Fundacji Nudoodporne.
Takiego finału to się nie spodziewałam. Jednak nawet i bez tego moja fotozabawa spełniła zamierzoną funkcję. W znacznej mierze uwolniłam się od tego ograniczającego dążenia do formalnej doskonałości, na które swego czasu tak narzekałam. Nie miałam tu czasu na dłubanie przy jednym zdjęciu po dwa i pół miesiąca i wciskanie na koniec guzika „Usuń”, bo dłubałam tyle, że została tylko dziura.
Nauki przede mną jeszcze cała masa, gdyż technicznie rzecz jasna też chcę się rozwijać. Jeśli jednak mam być szczera, coraz bardziej podobają mi się zdjęcia nieperfekcyjne. Tu może za jasne, tam może za ciemne, nie zawsze super ostre; z ziarnem, z prześwietleniami i wypaleniami.
Ludzkie takie po prostu.
Z resztą – może moje zdjęcia wcale nie mają być technicznie doskonałe, ale oddając moją patałachowatą nieco naturę właśnie dzięki temu zyskają na szczerości. No bo kto inny tak pięknie spieprzy jak ja.
(…)
Na koniec chcę podziękować osobie, która nie wie pewnie nawet o moim istnieniu, a od pewnego czasu jest dla mnie największą fotograficzną inspiracją. To dzięki spotkaniu z twórczością Anity Suchockiej, autorki m.in. bloga Aifowy, wreszcie do mnie dotarło, jak bardzo zniewala mnie to wspomniane już wcześniej dążenie do formalnej perfekcji i jak bardzo potrzebuję odrzucić to w cholerę i otworzyć się na życie, na emocje, na spontan i naturalność. A że coś tam gdzieś tam będzie niedoświetlone… O jaaa, srsly?!
I to działa. Zamiast czekać, wreszcie robię
A poniżej foto z moją modelką i naszym wspólnym dziełem”

No i właśnie. Tak na koniec. Macie pewnie czasem tak, że trafiając w jakieś miejsce jesteście przekonani, że trafić tam po prostu mieliście i koniec. I ja tak mam właśnie z „Kobiecym okiem” w Tczewie. Już po pierwszym spotkaniu z planowanych dziesięciu wiedziałam, że jest to właśnie jedno z tych kluczowych dla mnie miejsc. Tych MOICH, tych odpowiadających na jakąś część potencjału, który w sobie noszę i pomagających wydobyć ze środka część noszonej tam prawdy.
Tak.
Chociażby dlatego, że w ramach tych warsztatów wykluwa mi się w głowie kolejny fotopomysł. Tym razem już taki, w którym mam zamiar dać twórczy upust jednej z moich największych miłości i konstruktywnie skanalizować jedną ze swoich największych tęsknot. I jeżeli faktycznie się za niego zabiorę (patrz: słomiany zapał), przeżyję przy tym chyba jedno z największych spełnień w całym moim życiu. A kto wie – może będzie on nawet początkiem czegoś jeszcze większego.
Tak więc niby mam obawy, że – jak to nierzadko w moim przypadku – od gadania się zacznie i na gadaniu zakończy. Cóż – jeszcze do niedawna taka była praktyka. Był jednak sobie ten dwa tysiące osiemnasty i parę rzeczy mi pokazał. Jak chociażby to, że potrafię być wytrwała w pozaczynanym i zakończyć je z sukcesem i satysfakcją.
Serio, 2018 był najbardziej twórczym, konkretnym i rozwojowym rokiem w całym moim trzydziestopięcioletnim życiu. Tak że jechać, nie przestawać.
I na tym zakończę tę retrospekcję pisaną na kolanie w dzikim pośpiechu, ze spiętymi ramionami (Młody potrafi nieźle wymęczyć) i kubkiem czarnej kawy, którą chyba powinnam dostać w kroplówce.
Ale treść przekazana. A że forma dzisiaj taka nie do końca ten? Cóż – bywa. Człowiekiem jestem i nic co ludzkie. A może komuś da to coś dobrego.
Tak że – panie Perfekcjonizm, idź pan w cholerę.
Twoje zdjęcia żyją, a poza tym są naprawdę dobre! Ja też bardzo lubię fotografować, robię to, kiedy tylko mam okazję. Wrzucam na bloga rzadziej, bo ten cholernik ma strasznie mało miejsca na media:)
PolubieniePolubienie
Dzięki za te słowa – każde świadectwo pozytywnego odbioru moich zdjęć jest dla mnie dużą dawką motywacji.
PolubieniePolubienie
Dzisiaj problem z komentarzami. Na każdym blogu:-) Byłam pewna, że mój komentarz tutaj wszedł, tymczasem……chyba nie. A może jest w moderacji?
W każdym razie, bardzo lubię fotografować, nie uważam, że fotka musi być perfekcyjna, najwyżej nie wygra w konkursie na zdjęcie roku:)) Twoje mają w sobie to coś. Pierwsza fotografia, ta Twojego synka, jest piękna!!
PolubieniePolubienie
Wszedł, wszedł 🙂 Niestety z racji bycia mamą niezwykle dynamicznego i ciekawskiego małego człowieka na moją blogową zaglądam aktualnie raz na przysłowiowy ruski rok. Ale jak już zajrzę, czytam, zatwierdzam i odpowiadam 🙂 No i – DZIĘKI!
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Hej, ale jak klikam na Twojego bloga, dostaję info, że go nie ma 🙂
PolubieniePolubienie