Nie lubię zimna.
Albo inaczej.
Zimno jest okej, jeżeli jest na zewnątrz. Na zewnątrz pomieszczenia, w którym się znajduję, na zewnątrz noszonego właśnie ubrania. Kiedy wchodzi do środka, tolerancja się kończy. Już go nie chcę, poszło precz i łapy proszę ciasno przy sobie. Ręce chowam w rekawiczki i głęboko w kieszenie, szalik ponad czubek nosa. Plecy skulone, mięśnie napięte, wzrok wbity w chodnik i byle jak najszybciej dotrzeć do celu. Najlepiej takiego z grzejnikiem na max, stertą grubych koców i włączoną farelką.
Wyobraźnia również dostaje robotę. Szaro zimno leje wieje, więc wizualizujemy sobie błogostan. No eee tam, no jakie zimno – przecież ciepłe słońce, suchutko, milutko, sam środek lata i trzy dychy w cieniu (pamiętam, że kiedyś nawet pomogło).
I kilka dni temu tak sobie idę z tym nosem w szaliku, rękami w kieszeniach, plecami w pałączek i wzrokiem na czubkach butów niosących stopy byle szybciej do ciepłego mieszkania. A może by sobie pomóc i znów wyobrazić, że wcale nie ma grudnia, tylko lipiec względnie sierpień, że zamiast deszczu głowę bombardują słoneczne promienie, że zamiast kurtki mam na sobie krótki rękawek i wcale nie owiewa mnie zimny wiatr, ale ciasno obejmuje gorące ramię lata.
No ale – ej. Przecież jest grudzień. Jest szaro, mokro, leje i wieje. Mam na sobie kurtkę, szalik, czapkę i rekawiczki. I wcale nie jest łagodnie, lecz zwyczajnie nieprzyjemnie. Marznę i moknę.
A jak by tak po prostu się z tym przywitać. Wyprostować plecy, wziąć głęboki oddech i wciągnąć w płuca to zimne powietrze, podnieść głowę, uwolnić twarz z szalika i poczuć na niej podmuchy wiatru. Zamiast czubków butów zobaczyć, gdzie w tej chwili jestem i którędy idę w tę szarą pogodę.
A jestem… no właśnie. Łażę po mojej ukochanej dzielnicy, po moim rodzinnym lubelskim LSM-ie, o którym śnię, marzę i czytam wygrzebane spod głębokiej ziemi publikacje dla maniaków takich jak ja. Bilety na pociąg kupione dwa i pół tygodnia naprzód, codziennie odliczane dni do wyjazdu. I wreszcie tu jestem, na tych moich wytęsknionych siedmiu blokowiskach, które wszczepiłabym sobie najchętniej pod najgłębszą warstwę naskórka. I na serio chcę to teraz marnować? Nie czuć, nie widzieć, lazić z nosem w sznurowadłach? Nie, no przecież nie rób sobie jaj kobieto. Raz, dwa, trzy. Głowa w górę, plecy wyprost, ręce nie w kieszeniach, lecz luźno wzdłuż boków. Głęboki wdech, powolny wydech. Jest zimno. Wieje. Mży na okulary. Ale – ciekawe – to przeszkadza jakby mniej. I jakoś tak nagle nie trzeba uciekać. Nagle można sobie tak po prostu iść i wcale nie wybierac scieżek na skróty. Moknie wielka plyta z lat siedemdziesiątych i wszystkie te dostawione pózniej wynalazki, po mokrych ulicach wolno suną żólte pasy reflektorów, powietrze przymglone mżawką barwioną kolorowo od wnikajacych w nią świateł z okien i latarni. Patrzę i najzwyczajniej w świecie sie zachwycam. Zgaduję, co mogą robić ludzie za szybami, słucham szumu opon na mokrym asfalcie, a w głowie moje ukochane ejtisowe dźwięki.
I co – serio warto było tak się kokonować? Tak się zawijać w te wszystkie kilometry wełny i udawać, ze to nie szary grudzień, ale jasnożółte lato?
A w życiu nie było warto. Co za dźwięki, co za widoki! Z całych sił gapmy się na elesemy, tak szybko znowu stąd odjedziemy.
Ale uwaga, teraz będzie haczyk. Do tej pory mowa była o moim LSM-ie, gdzie celebracją jest dla mnie każde wyjście do Stokrotki. Od tygodnia jestem jednak z powrotem w Trójmieście. I wyobraźnia z automatu odlatuje na Wschód. Zamiast Przymorza widzę osiedle Prusa, zamiast Zaspy – Konopnickiej. Nasz blok w Górnym Wrzeszczu co chwilę ląduje na Sienkiewicza, a Hallera to niby Aleje Racławickie. A tu dziś już czwarty dzień odkąd do Gdańska przybyła zima. Z początku nie za bardzo zdecydowana, taka trochę na zasadzie „może bym chciała, ale się boję”. Dziś rano nabrała jednak wiatru w żagle i stwierdziła najwyraźniej, że szczypać to ona się już nie zamierza. I tak jest biało, i tak pachnie śniegiem otulającym te wszystkie miejskie światła i światełka…
Dajmy wiec może szansę rzeczywistosci i odkokońmy sie mentalnie – choćby tak na próbę – także i na tej północnej ziemi. Ostatecznie zawsze można posłuchać Reginy Brett: „Zamiast narzekać na pogodę, opisz ją”.
A pisanie to jak by nie patrzeć całkiem fajna rzecz.
P.S. W ramach dodatku pamiątka z Lublina: pan na drążku gibiący sie wdzięcznie przy lekkich podmuchach wschodniego wiatru.

P.P.S. Wpis kończony w drodze na zakupy w notesie opartym o rączkę od wózka. Można? Można.