East Side Story

Ten wpis miał nosić tytuł „Faza maniakalna”. Miał, bo pisać go zaczęłam jeszcze w Lublinie. Lublinie najpiękniejszym ze wszystkich możliwych: u szczytu jesieni, w pachnącym suchymi liśćmi złotym październiku ze słońcem przymglonym mlecznym powietrzem.

Szlajając się rytualnie po osiedlu Konopnickiej utwierdziłam się już chyba na amen w przekonaniu, że Lublin w październiku to najwspanialsze, co może się człowiekowi w życiu przytrafić. Łażąc pomiędzy blokami mojej rodzinnej dzielni przeżywałam istne pasmo bałwochwalczych uniesień: tak właśnie mogłoby wyglądać moje prywatne Niebo.

Serio, nieraz sobie marzę o spędzeniu w ten sposób całej reszty życia. Szwendam się po ulicach mojego (MOJEGO) miasta, na uszach słuchawki z dokładnie tym samym co lat temu dwadzieścia, dwanaście oraz trzy i pół, wdycham zapachy kolejnych pór roku, a w cieplejsze dni siedzę na balkonie z jedną z tych powieści Virginii Woolf, w których kompletnie nic się nie dzieje.

Ale w realu trzeba było wracać. I choć być tutaj kocham jak ostatni wariat, choć widok Wrzeszcza/Zaspy/Oliwy/Przymorza głowa moja przerabia mi na Elesemy, choć kilka dni temu szczęka mnie aż rozbolała od śmiechu z moimi starymi przyjaciółmi, wiem, że te powroty są jeszcze potrzebne. Ale jeszcze tylko krótko. Tak, żeby jeszcze trochę okrzepnąć i nie wrócić do przedwyjazdowej życiowej bierności. Cała ta przeprowadzka na północ sprawiła, że moje ukochane miasto mam ochotę zeżreć jednym kłapnięciem. Chwilami – mówię poważnie – oczy wilgotnieją mi tam ze szczęścia i zachwytu. Że mogę gdzieś czuć się aż tak wspaniale, że do szczęścia wystarczy mi po prostu być, chodzić, patrzeć i oddychać. I skoro już to przerobiłam, straciłam i się dowiedziałam, ile trzeba cenić, skoro piękność w całej ozdobie widzę i opisuję, bo tęsknię etc. etc, etc., to może pora przewieźć wkrótce manele z powrotem? Tym bardziej, że łeb mi już puchnie tysiącem pomysłów, jak moją miłość przekuć zarówno ad maiorem Dei gloriam, jak i na walutę.

Tak że faza maniakalna może i minęła, ale postmania ma się doskonale.
Mężu, słyszysz? Będzie z tego hajs. Tak że wracamy chyba, no nie?

P.S. Z uwagi na konieczność ograniczenia bagażu tym razem nie miałam ze sobą aparatu. Jednak przy okazji poprzedniej wizyty srodze się wyżyłam na ślubie Gośki i Piotrka. Załączam więc tutaj foto z wesela, i to nie takiego pierwszego lepszego. Jest to bowiem wesele na Ścianie Wschodniej, lekko już wtedy zamglonej sierpniowo i chłodnej skradającą się wczesną jesienią.

Ale następnym razem będą blokowiska.

77

Dodaj komentarz