Uwaga, teraz będzie propaganda sukcesu.
Wzięło mnie wczoraj na rzewne wspominki, kiedy to jeszcze niecały rok temu z kolanami z waty i rękami z galarety dziesięć razy na minutę męczyłam moją instruktorkę na placu manewrowym:
– A jak to nacisnę, to wtedy nie ruszy? A jak to? To nie ruszy wtedy? A teraz? Nie ruszy, prawda?
Naszło mnie jakoś tak mniej więcej wtedy, kiedy prułam wczoraj autostradą sto dwadzieścia kaem/ha, ustanawiając tym samym swój rekord życiowy jak na razie początkującego i zestresowanego, ale jeszcze bardziej zajaranego kierowcy. Otrąbiam (jest w ogóle taka forma? poloniści, help) niniejszym zwycięstwo ducha nad skłonną do paniki i ogólnie dosyć oporną materią.
A dodając do tego możliwość pokazania światu kolejnej Emilki w takiej oto stylistyce stwierdzam szczerze i otwarcie, że jestem kurczę dumna.
No jestem i tyle.
