Wściekła gąsienica, instynkt, wolna wola, czyli jak się nie dawać i wreszcie strzelić gola.

Do niedawna myślałam, że z tym wszystkim to jest tak:

„Dziecko przekręciło się z brzucha na plecy” – no więc przyszła sobie cicho godzina zero i dziecko wzięło i się przekręciło. Albo: „Dziecko zaczęło raczkować w wieku tym a tamtym”. No to pewnie sobie leżało, leżało leżało i nagle pyk – raczkuje. W sensie popyla ostro do przodu, tyle że na czterech nogach. Znaczy na tych… na nogach i rękach.

A tu kurczę jednak nie.

Jednak opanowanie wszystkich tych manewrów to nie radosne pląsy na obłoczku z puchu. To całe raczkowanie to jest kurde walka. Dzieciak się wścieka, stęka, jęczy i wywija, kopie w podłoże, ryje kolanami i szlag go jasny trafia. Bo udka jeszcze krótkie, kolana się ślizgają i za cholerę nie można podnieść kupra w górę. Jęki, stęki, dzikie męki.

Z przekręcaniem się na plecy sprawa identyczna. Człowiek sobie leży i coś tam ogarnia. Wychodzę na moment z pokoju, a po powrocie znajduję go na boku zgiętego pod jakimś szalonym kątem i wydającego z siebie desperackie „Yyyyyy!!!”. Bo typ jeszcze nie ogarnął, że by trzeba było rękę wziąć do tyłu i nogę w sumie też. No i leży tak i stęka i dalej zmienia kąt, ale na plecach nadal nie ląduje.

Kupa wysiłku i kupa frustracji. Ale jeszcze większa kupa motywacji. Zamiast się zniechęcić, koleś ciśnie dalej. A ja stoję i podziwiam i wyciągam wnioski.

No i cisnął, aż pocisnął. Kobiecy wdzięk pewnie też zrobił swoje i po wczorajszej wizycie u dwa miesiące starszej ( i nieco już bardziej mobilnej) koleżanki Uli Marcin ląduje z brzucha na plecach jak by nic innego w życiu nie robił.

Z pełzaniem sprawa jest nieco trudniejsza. Młodemu coś się chyba pierniczy i zamiast się zaprzeć porządnie łapami i podnieść kuper i klatę do góry koleś często robi zupełnie na odwrót. Bebzon w podłoże, kończyny w powietrze. I zdziwienie w oczach, że przecież miał chodzić. Albo chociaż latać.

Ale i to już mu wyszło jakoś ze trzy razy (pełzanie, nie latanie). Zawziął się, zebrał wszystkie siły fizyczne oraz mentalne i pomagając sobie głową podpełzł do przodu tak około dziesięć centymetrów jak siedmioipółkilowa wściekła gąsienica.

Wczoraj też zrobił jeden „krok” do przodu. I obstawiam, że przy zacięciu takim, jak jego, jeszcze trochę i trzeba będzie zabezpieczyć gniazdka i przestawić książki z okolic podłogi hen poza zasięg łapek o pulchnych paluchach.

I tak to sobie siedzę i snuję analogie do sytuacji z moim prawem jazdy.

Wewnętrzną teorię zdałam od razu, w połowę czasu przewidzianego na rozwiązanie zadań. Przerobiony dwa razy podręcznik i chyba z tysiąc pytań testowych i w efekcie do niektórych z nich już nawet filmików odpalać nie było potrzeby.

A na praktyce wtopa za wtopą.

Przy pierwszym podejściu stresor był taki, że jeździłam jak po maksymalnie dziesięciu godzinach. Aż wstyd mi mówić, co wyrabiałam – dla jako-takiego obrazu sytuacji powiem może tylko, że jadąc tyłem po łuku wyjechałam z toru, silnik gasł mi średnio przy co czwartym ruszaniu, zapominałam rozglądać się na skrzyżowaniach…

Długo by tu można jeszcze wymieniać. Dokupiłam więc jeszcze cztery godziny i choć głupio mi aż było instruktorowi powiedzieć „Dzień dobry”, ponownie podeszłam do egzaminu.

I znów się nie udało. Wprawdzie nie zaliczyłam kompromitacji aż tak dużej jak za pierwszym razem, ale ze stresu nadal robiłam głupoty. Które robić skończyłam zaraz po usłyszeniu, że wynik negatywny, egzamin niezdany. Resztę czasu jeździłam już prawie elegancko, a na koniec to już w ogóle luzik i zabawa. Szło mi już na tyle dobrze, że facet nie proponował już dalszych jazd doszkalających, tylko od razu następny termin.

Wczorajszy.

I znowu spieprzyłam. Znowu na łuku. Co tam się wyrabiało, łaskawie przemilczę. A potem co? A potem, wiedząc już, że nie zdałam, wyjechałam na miasto i przez półtorej godziny zrobiłam w zasadzie tylko jeden błąd.

Czyli całe to niezdawanie siedzi w mojej głowie. Siedzi tam jednak tym razem w towarzystwie takiej determinacji, że chociaż wstyd mi aż przychodzić na to czwarte podejście, na samą myśl o potencjalnym wyjechaniu z toru mam ochotę zagrzebać się w leśnym runie, a gdy pojawi się jeszcze wizja stoczenia się do tyłu przy ruszaniu na wzniesieniu (co w praktyce nigdy mi się nie zdarza, a po nocach straszy), to już w ogóle chcę uciekać i robić ten egzamin w jakiejś innej szkole, w jakimś innym mieście, gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna i nigdy i nie widział i po kolejnej wtopie już nie zobaczy… Choć ciśnienie mi skacze na samo hasło „praktyka”, to i tak wiem, że będę cisnęła do skutku. Nie zdam za czwartym razem, to zdam za czternastym. I wtedy będę już jeździć tak super i w ogóle, że na państwowym łuk nie będzie miał ze mną szans.

Nie, no dobra – bądźmy realistami. Przy moim strachu pewnie i tego nie zdam.

No to wtedy podejdę po raz kolejny. I choć będą się w tym PORD-zie już ze mnie śmiali, będę cisnąć, aż docisnę, i witajcie krajówki, szalom autostrady.

No dobra, może ta analogia z naukami Młodego nie jest analogią tak w stu procentach. W przypadku niemowlaka w grę wchodzi instynkt i nie ma mowy o dywersji ze strony wolnej woli. Tak więc on będzie cisnął do skutku, bo go napędza Matka Natura; w dodatku bez spiny, że ktoś tam się patrzy i go ocenia.

U mnie w grę wchodzą już różne opory – samoświadomość, autorefleksja oraz wolna wola to nierzadko taka trochę piąta kolumna. Tu trzeba wysilić już nie tylko ciało, ale i mentalnie srodze się narobić. Gdybym i ja, dorosła baba, jechała na czystym instynkcie każącym mi nabyć umiejętności i te potrzebne, i te pożądane, to pewnie już jutro zdawałabym państwowy, umiałabym pływać, jeździłabym konno i jeszcze tańczyła sportowego rockandrolla. A tak to piłuję nadal te wewnętrzne, nie pływam, konno też nie jeżdżę, a rockandrolla tańczę tylko w swojej głowie.

Ale – piłuję te wewnętrzne. A kilka miesięcy temu jeszcze nie piłowałam. I po każdym niezdanym i tak wracam do domu zadowolona, bo dwie godziny jeździłam samochodem. I jeżdżę już serio całkiem sensownie.

O, Młody właśnie znowu lata na brzuchu, a w oczach zdziwienie, dlaczego nie chodzi. Spoko Młody – jeszcze tylko trochę kombinowania i przy Twoim ciśnieniu niedługo będzie trzeba założyć Ci GPS.

Tak że ten. Wnioski jasne. D… w troki i do przodu, choćby na bebzonie z „Yyyyy!!!” na ustach.

Nadciągamy.

IMG_3938_filtered

1 myśl w temacie “Wściekła gąsienica, instynkt, wolna wola, czyli jak się nie dawać i wreszcie strzelić gola.”

Dodaj komentarz