W postanowieniach generalnie jestem raczej kiepska.
Albo inaczej.
Postanawianie jako takie idzie mi wyśmienicie. W sensie, że „Od jutra… / Od poniedziałku… / Od Nowego Roku…”. Kiedy jednak nadejdzie już Godzina „W”, nagle zaczyna brakować determinacji. A to czasu nie ma, a to obiad trzeba zrobić, a to nogi bolą, lub przynajmniej jedna, a to: „skoro dziś nie wyszło, no to w sumie już bez sensu”… I tak to moje wspaniałe postanowienia znowu przechodzą na kolejny tydzień, kolejny poniedziałek, kolejny Nowy Rok.
Ten sam los spotkał moją deklarację o wpisach minimum co siedem dni i kuchennych karniaczkach, jeżeli zawalę. Nie wyszło i przypuszczam, że raczej nie wyjdzie.
Co więc postanawiam na najbliższy rok? Zacząć wreszcie mierzyć zamiary na siły. W szkole na polskim nie lubiłam romantyzmu (chociaż lubić bardzo chciałam. Tak jak wiersze młodopolskie. W końcu jednak stanęłam w prawdzie – przyziemny realizm był mi najbliższy, a romantycy i dekadenci szczerze mnie irytowali) i im jestem starsza, tym bardziej nie lubię. Nie chcę wzlatywać nad żadnym martwym światem w żadną tam rajską dziedzinę ułudy, kędy zapał tworzy cudy i nowości potrząsa kwiatem oblekając coś tam w nadziei złote malowidła. Pomysłów mam masę. Chęci w sumie też. Ale dodatkowych godzin dobie nie dokleję ani nie wyhoduję sobie czterech nowych rąk. Tak więc – jeśli dzisiaj brzuch, to machanie hantlami dopiero jutro. Jeśli focę w środę, to nowy wpis w czwartek. A jeśli w czwartek trzeba zrobić obiad, to do pisania siadam w piątek rano. Ewentualnie może być sobota. Jeśli mam wieczorem jazdę, to rowerem dłużej pośmigam w niedzielę. W poniedziałek lekarz z Młodym, to fotoszop wtorek wieczór. Nie wylatujmy na siłę nad żadne poziomy, bo po góra trzech dniach plaśniemy o glebę i razem z nami plasną nasze Wielkie Zamiary. Lepiej wolniej i bez nerw, lepiej później niż w ogóle.
A tak poza tym, to ja bym chciała tutaj dzisiaj coś powiedzieć. Bo Stary Rok się skończył i zaczął się Nowy, i wszyscy tak piszą te podsumowania, to i ja bym chciała sobie coś napisać.
Zwłaszcza, że mam o czym.
Miniony rok był jednym z najcięższych w całym moim dość już długim życiu. O ile nie najcięższym ze wszystkich w ogóle. Zwłaszcza o pierwszej połowie wolę nie pamiętać. A jednak cała ta wylana krew, pot i łzy, ciężka praca mentalna i konsekwentnie stosowana metoda Pollyanny doprowadziły mnie do momentu, w którym mogę przyznać z czystym sumieniem: był to rok najcięższy i najbardziej konstruktywny.
Sporo na ten temat już napisałam i niekoniecznie chcę się powtarzać. Dzisiaj dodam tylko tyle: cały ten cholerny trud doprowadził mnie nie tylko do poznania siebie, odkrycia, co chcę robić i jak się rozwijać, ale też do jednego z najmocniejszych, najwspanialszych, najbardziej inspirujących i mobilizujących doświadczeń danych człowiekowi – do rodzicielstwa. I wszystko to razem wzięte sprawiło, że chęć nareszcie zmienia się w działanie. Znalazłam miejsce, gdzie uczę się robić takie foty, jakie robić chcę, a nie takie, jakie wyjdą mi fartem, bo coś się korzystnie pykło i przypadkiem znalazłam fajny przycisk w pikasie. Wróciłam do nauki jazdy samochodem, choć latami drżałam na myśl o wciśnięciu gazu. W listopadzie zaczęłam uczyć się strzelać. Jest styczeń, a ja w dalszym ciągu popylam na rowerze. Jestem na 201 stronie „Ludzkiego działania”…
…i jeszcze bym pewnie mogła wymieniać – słyszę jednak, że Młodemu skończyło się paliwo.
Tak więc chwilowo spadam karmić głodny dziób. Zanim się rozedrze powiem jeszcze tylko, że na samą myśl o 2018 jaram się jak dzik. Jeszcze nigdy tak mocno nie czułam, że żyję, nigdy wcześniej nie doświadczałam tak głębokiej radości.
Jest cholera dobrze. Łatwo – niekoniecznie. Ale dobrze.
I jak tak dalej pójdzie, będzie jeszcze lepiej.
