Ale się wpakowałam. Mąż przeczytał mój ostatni wpis. No i teraz nie ma zmiłuj – jeśli nie chcę gotować, muszę mieć przemyślenia.
Cholera.
Zegar tyka, czas umyka, a ja nadal nie wiem, o czym tu tym razem. Szukając inspiracji włączyłam nawet Fakty. Albo o – w sobotę wybieram się na warsztaty foto. Może tam coś mnie tryknie, może coś napiszę i mi się upiecze.
No i tryknęło mnie rzeczywiście. Tyle, że jeszcze przed warsztatami. A dokładniej w momencie szykowania się do wyjścia. A jeszcze dokładniej – po otwarciu szafy żeby wyjąć ciuchy.
Ciuchy, ciuchy… Które by tu wziąć? Spodnie – te jasne dżińsowe rurki co wczoraj. Tu kłopotu nie ma. Ale bluzka? I na bluzkę co? Sweter chyba – za ciepło to dziś nie jest. Dobra, sweter – tylko który? Ten jakiś wiszący, ten znów trochę stary… Ten zielony chyba już deczko przykrótki, granatowy wygląda jak po starszym bracie. Szary byłby całkiem spoko, ale taki on jakiś kurczę normalny… Wszystko w ogóle takie pospolite… Będę tam wyglądać jak uboga krewna. Dobrze, że choć buty mam nienormalne – czarne trampki do pół łydki albo nawet wyżej. Uff, co za szczęście – jest ten fioletowy. Tak sobie fajnie opada na boki, kolor charakterny i nie aż tak wyblakły. Na to pójdzie skóra, a na nogi trampki. I stylówa jakaś jest. Można się pokazać. Zwłaszcza, że nie idę do żabki po kartofle, ale do Trójmiejskiej Szkoły Fotografii. Trzeba więc wyglądać nieco bardziej arty. Bo tam będą ludzie alternatywni. I jeszcze krzywo spojrzą. I jeszcze źle ocenią. I jeszcze pomyślą, że skąd ona przyjechała.
I pomijając już nawet fakt, że żadnych alternatywnych na warsztatach niet, głupio mi się robiło na samo wspomnienie. Dopiero co po zakupach w Galerii Bałtyckiej linczowałam w myślach te trzynastolatki poubierane w najnowsze sieciówkowe sety, te wszystkie cybergotki w taftach jak z Bolkowa, z mąką pszenną na twarzach i ustami jakby na śniadanie zjadły spory kawał węgla. No i jeszcze co drugi łazi podziarany. Łeb wygolony ma do połowy. Albo jakieś lansiarskie oprawki na szpigle. Spodnie z dziurami, ucho z trzema kolczykami, lniana torba z grafiką i tiszercik z muzyką. O rety, o rety, co za straszne miasto. Jak tu istnieć, jak tu żyć, jak tu funkcjonować. Co za lansiarstwo, co za atencjonizm, co za głód uwagi i tanich afektów.
Tymczasem – dzień dobry. Przyganiał kocioł etc. Wychodzi na to, że lans na dzielni to również i moje ukryte marzenie. Lans i atencja, dla której zdobycia ryć będę po szafie jak dziewczę z gimnazjum. Rozważać, czy sweter nie nazbyt zwyczajny, czy bluzka przypadkiem nie zbyt oczywista.
To może by tak jeszcze na szluga za szkołę.
A skoro ja, stara baba, mam takie problemy, to co dopiero młody człowiek Marcin. Czy kiedy chłopaczek pójdzie bardziej w świat, kiedy pojawią się rówieśnicy i coraz większa świadomość siebie, to czy jednocześnie nie włączy się chęć, by za wszelką cenę być takim jak inni. Jak inni, a jednocześnie czymś się wyróżniać. By akceptowali, mieli za swojego, lecz jeszcze fajniejszego i jeszcze ciekawszego. Jeszcze równiejszego i jeszcze bardziej cool. I czy w tym celu Marcin nie zacznie łazić gdzie nie trzeba i z kim lepiej nie. Czy nie zacznie tracić czasu na kombinowanie, gdzie i jaki kolczyk wsadzić i czy serio właśnie tam. A może gdzie indziej, bo tam ktoś już ma. Czy nie zacznie chłopak rozmieniać się na drobne, leźć jak owca za tłumem do nie swojej zagrody. Sprzedawać wartości za akceptację, albo w ogóle nie mieć czym handlować. Bo tu kolczyki, bo tu tatuaże, bo tutaj oprawki i brody od barbera. Lepiej spadajmy stąd do Lublina. Tam ludzie bardziej konserwatywni, bardziej naturalni, nie aż tak „zrobieni”. Łatwiej nawiążesz głębokie relacje; pogubić się można, bo można to wszędzie – tam jednak ścieżki są wyraźniejsze. Katolik nie jest rzadkim okazem przyrody, krzyż na szyi rzecz normalna, a nie ewenement. Nie no, nie ma co się. Pakujemy zabawki, wracamy na Wschód.
Tylko że – okej. To takie pytanie. Czy jeśli zarządzimy odwrót od dziar i kolczyków, od toreb, oprawek i hipsterskich bród i osiądziemy w moim odzyskanym Raju Utraconym, to czy nie będzie to takie trochę danie nogi. Jeśli ja czegoś synowi w domu nie przekażę, przekaże to sąsiad albo pani w kiosku. A jak nie, to listonosz albo dentysta. I połowa kumpli z klasy i osiedla. No i super, i nie trzeba tak się starać z wychowaniem – czego ja nie dopatrzę, nauczy się gdzie indziej. I będzie to to samo, co dostałby w domu. Moja głowa spokojna, jest czas i relaksik. Tu zaś trzeba będzie bardziej się postarać. Więcej wytłumaczyć, więcej uzasadnić. Wyjaśnić i rzetelnie uargumentować. Czemu tak, a nie inaczej, czemu warto, czemu nie. Bo dla wielu będzie pewnie warto co innego i wybory nie będą aż tak oczywiste. Będzie trzeba dużo bardziej się przyłożyć, by Młody nauczył się mocno stać przy swoim. By szedł w to, w co warto i szukał czystych pereł zamiast zbierać do worka kulki z gówna w pazłotku.
I tu jeszcze jedno niełatwe wyzwanie. By przekazać coś gościowi i przekonać, że warto, najpierw sama muszę być przekonana. Inaczej wyczuje, że to pusta gadka i nie za specjalnie się tym wszystkim przejmie. I pójdzie zbierać kuleczki w pazłotku, bo tak fajnie błyszczą i łatwo je znaleźć. A perły to może w ogóle legenda, więc po co się wysilać i ręce se urabiać.
Po przyjeździe na Północ szok kulturowy. Wygląda na to, że to, w co/że wierzę, tutaj nie jest wcale tak oczywiste. Nagle trzeba było zacząć uzasadniać, przedstawiać argumenty, dowodzić słuszności. Nagle trzeba było zacząć drążyć temat – czy są to moje flaki, czy tylko odzież wierzchnia, którą można zmieniać stosownie do pogody. Sporo zakwestionować i zweryfikować. I spojrzeć w twarz ryzyku, że może się mylę. I podjąć wysiłek dotarcia do sedna.
Drążę więc dziury, ryję więc w glebie i staram dokopać się do korzeni. I jeśli się wreszcie do nich dokopię, to to już będzie wtedy chyba sama prawda. Przeżyta, przeżuta, połknięta, strawiona. Którą będę chciała podzielić się z synem. By on też szukał pereł i umiał odróżnić, która jest prawdziwa, a która to fejk.
Wychodzi więc na to, że warto było opuścić swój znany, cieplutki, grajdołek.
Reasumując. Która opcja jest obiektywnie lepsza dla Marcina, w tej chwili jeszcze trudno mi ocenić. Oceniam jednak, że warto pisać teksty na czas. Bo potem trzeba piec jakieś ciasta, i głupio człowiekowi, i roboty se dokłada, tak jak by teraz mało jej miał…
Tak – jutro będzie pieczona szarlotka. Przy moim talencie obawiam się jednak, że jej stan skupienia wszystkich nas zaskoczy.
Do następnego.

każda motywacja jest dobra, nawet ta wymuszona 🙂
PolubieniePolubienie