Wol-ny-rynek! Wol-ny-rynek!
Wolna przedsiębior-czość! Wolna przedsiębior-czość!
Pry-wat-nai-nic-ja-tywa! Pry-wat-nai-nic-ja-tywa!
Preczzre-dystry-buc-ją! Preczzre-dystry-buc-ją…
…a tak serio, to wszystko to jedna wielka ściema. Moja kryptozlewaczała, roszczeniowa dusza najchętniej leżałaby i pachniała i żyła z podatku progresywnego. Taki próg – powiedzmy – siedemdziesiąt pięć procent. Płacone przez tych, co mają najwięcej. Oni sa obrotni i radę se dadzą – mnie trzeba spokoju i kontemplacji. Na moich sztandarach sto haseł o wolności; roszczeniowość to zaraza, fiskalny robinhoodyzm to bandyterka, wysoki socjal drogą do demoralizacji. Praca formuje, lenistwo degeneruje. Obniżmy podatki, uwolnijmy przedsiębiorczość – niech pracowici, systematyczni, rzetelni i inicjatywni czerpią z owoców pracy swych rąk i umysłów, a leniwi, olewacze i inni leserzy niech ruszą wreszcie cztery litery i w końcu uczciwie na siebie zarobią, pasożyty jedne, no.
I tak ładnie gadam o tej pracowitości, rzetelnej pracy i inicjatywie, a sama najchętniej wyciągałabym łapę siedząc za tabliczką PANIE, DEJ PAN PINIONDZ. I leżałabym na hamaku czekając bez ruchu, aż słodkie winogrona same wpadną do mych ust.
W tak zwanym życiu prywatnym dokładnie to samo. Szczęście, spełnienie, zamiana marzeń w cele, a celów w realne byty i fakty dokon(yw)ane wymagają przecież takich samych postaw. Pracowitość, systematyczność, wytrwałość i determinacja. Inicjatywa i odpowiedzialność. Do gadania jestem pierwsza. A w praktyce wciąż NIECH KTOŚ. Niech ktoś rzuci pomysł, jeszcze chwileczkę, zaraz, jutro, jakoś, się.
Efekt? We wrześniu kończę trzydzieści cztery lata i wciąż kartkuję tylko gazety w poczekalni. I czekam, kiedy wreszcie ktoś otworzy drzwi i zaprosi mnie do pokoju z tabliczką SPEŁNIENIE.
Na szczęście niedawno coś się wydarzyło. To coś ma na imię Marcin i śpi właśnie twardo w wózku w sypialni. Cholernie zależy mi na jego szczęściu; chcę, by jego siła, talenty i cały potencjał rozkwitały w działaniu dobrym i konstruktywnym zamiast znajdować ujście w agresji, bo nuda, frustracja, bo sensu nie widać i pomysłów brak. By wiedział, że da radę, że warto próbować. Że jest z czego czerpać, że jest po co sięgać. Że jego głos jest ważny, że może mieć wpływ.
A żeby tak było, potrzebne mu wzorce. A tych sam sobie nie narysuje – to matka i ojciec muszą mu je dać.
Tylko jak dać komuś coś, czym się samemu nie dysponuje?
Pisałam już, że ciąża była czasem odkryć, na czym mi tak naprawdę w życiu zależy. Co chcę robić, czego nie, i jak robić to, co chcę. A przynajmniej – od czego zacząć.
Zaczęłam więc od nauki jazdy samochodem.
Powody są dwa. Praktyczny i symboliczny. Praktyczny – Gdańsk to nie Lublin, gdzie prawie wszędzie dojdziesz na piechotę. A z niemowlęciem na rower raczej nie wsiądę. Nie wspominając, że Lublin chcę odwiedzać jak najczęściej, a z niemowlakiem i całym jego osprzętem tłuc się pociągami to uciecha mniej niż średnia. Zwłaszcza po przesiadce na Warszawie Wschodniej, skąd dalej jeżdżą już tylko teelki.
No a powód symboliczny? Zbyt długo już okupuję fotel pasażera. I to zwykle tego z tyłu. Wygodnie się tak siedzi i gapi się w okno martwiąc się tylko o to, czy pasy zapięte. Ktoś inny decyduje, czy już można ruszać, czy jechać dwadzieścia, czy też sto dwadzieścia, który włączyć bieg, kiedy wyprzedzać, gdzie zaparkować, co zatankować. Wygodne to jak nie wiem, ale – do cholery – nie zawsze pojadę trasą, którą bym chciała. A jeśli kierowca nagle się rozmyśli, możliwe, że w ogóle nigdzie nie pojadę. Nie mówiąc już o tym, jaka to podjara samemu zmieniać biegi, rozpędzać się i hamować, brać łuki i zakręty i trzymać w kupie cały pojazd gdy droga nierówna. Jednym słowem – czekanie, aż ktoś podrzuci i odstawi bezpiecznie w pożądane miejsce uznałam za nadające się już na śmietnik. Raz, że można się nie doczekać, dwa – nie dojechać tam, gdzie tudzież którędy dojechać by się chciało, no i trzy – gdzie cała radocha z kierownicy w garści, ciśnięcia gazu i hamowania, szacowania odległości, oceniania możliwości, regulowania mocy silnika… Tak, nauka jazdy to był dobry pomysł. Plusy w codzienności oraz w mentalności.
Ale to nie koniec, a ledwie początek. Szczegóły pewnie wkrótce. Na dziś już jednak dosyć elaborowania – biceps nie bałagan, sam się nie zrobi.
Dzięki, synu.
