A jeśli już, to nawet odrobinę mniej.
Znów normalnie chodzę zamiast syczeć z bólu i człapać koślawo jak otyła kaczka. Znów mogę przekręcać się z boku na bok, bez zadyszki i od razu, a nie dopiero po kilku nieudanych próbach. Buty znów swobodnie wchodzą na stopy, znów mogę je wiązać bez żeber w przełyku. Obrączka znowu wchodzi na palec, można spać na brzuchu, schylać się i normalnie wsiadać do tramwaju zamiast stać na przystanku i na niego patrzeć nie mogąc zrobić kroku do przodu.
Wszystko to rzecz jasna jest bardzo miłe. Jednak to nie ciało bolało najbardziej. Sześćdziesiąt osiem dni przed terminem wzięłam metrową miarkę z Castoramy, docięłam ją do długości równej tej liczbie, a na samej górze, tuż obok zera, przywiązałam nitką różową tabletkę. Konstrukcję zawiesiłam na klamce w sypialni i codziennie przed snem odcinałam po centymetrze. Żeby nie zapomnieć ani na chwilę, że już niedługo, jeszcze troszeczkę i z powrotem będzie dobrze, i znowu będę normalnie żyć.
Tymczasem kochany syn zlitował się nad matką i po docięciu do dwudziestu ośmiu miarka mogła swobodnie wylądować w koszu. I trafiła tam gdy tylko wróciłam ze szpitala. W którym też było jeszcze nienajciekawiej. Leży przy mnie fajniutki, drobny facecik o masie urodzeniowej dwa sto czterdzieści, w pieluchach zerówkach i ciuszku 44. Ja się gapię i zachwycam, po czym idę do kibla i płaczę, bo Wołyń. I nie po raz pierwszy takie historie – przez większość ciąży męczył mnie tak okropny weltschmerz jakiego w życiu jeszcze nie doświadczyłam. Obstawiałam jednak, że różowe tabletki i jego pogonią razem z resztą całego tego dziadostwa.
I wreszcie nastał ten dzień upragniony – Marcin zamiast cyca dostał butelę (sorry Młody. Ale moimi tabsami karmić cię nie będę, a bez nich – uwierz mi – wykończyłabym i siebie, i ciebie, i twojego tatę też), a mama po dwustu iluś dniach chodzenia po ścianach mogła wreszcie wrócić do medykamentów.
I wkrótce wróciła do żywych jak z innego świata. I znów oczy jej się śmieją do nowego dnia, do ludzi, do zwierząt, nieba, trawy, drzew… I znów głód tych rzeczy, które można zrobić, tych możliwości do zrealizowania, ludzi do spotkania, zdjęć do zrobienia, słów do napisania…
Nie wszystko jednak wróciło do stanu sprzed Marcina. Niedawno znowu płakałam, bo Verdun. I jak sobie pomyślałam, że wybuchłaby wojna i wzięliby mojego syna do wojska i wysłali do okopów… Albo mojego męża. Albo/I. I dwaj tacy zajebiści faceci taplaliby się w błocie, flakach i krwi musząc zabijać ludzi, do których nic nie mają, żeby tamci nie zabili i ich i ich matki/żony. Której istnienie tak naprawdę w niczym im nie przeszkadza, ale decyzją kogoś wyższego rangą od dzisiaj już ma.
Weltschmerz generalnie rzecz nieprzyjemna. Trochę mi też popaprał relację do Boga. Ale do jednego bardzo się przydaje. Strąca mnie mianowicie z tego piedestału, na który zwykle włażę, gdy robi się lepiej, i z którego patrzę z góry na tych wszystkich, którzy aktualnie nie wyrabiają. No bo przecież jak to – weź się wreszcie w garść; skoro ja daję radę, to znaczy, że można. A jeśli ty nie dajesz, to tylko dlatego, że po prostu ci się nie chce, i ja tu sobie nie będę głowy zawracała. A dzięki tym chwilom z Wołyniem i Verdun znów staję stopami na twardej glebie i mam okazję sobie przypomnieć, że nie – czasem zwyczajnie nie można i już.
A co jeszcze dały mi ostatnie miesiące? Poza tym, o czym pisałam już w poprzednim tekście, mogłam przekonać się doświadczalnie, że mój mąż kocha mnie wiernie i w zdrowiu, i w chorobie – także i takiej, która wykrzywia mi obraz rzeczywistości, pcha niebezpiecznie w stronę kaftana i sprawia, że krzywdzę i słowem, i czynem, robię dzikie sceny i chwilami staję się zwyczajnie nie do zniesienia. Nikt jeszcze nie zniósł tyle z mojej strony. Hymn o miłości świętego Pawła żyjący ze mną pod jednym dachem. Jam niegodna, serio mówię.
No ale. No ale mamy dziś początek lipca, i teraz już mogę powiedzieć: przeżyłam. Da się, kurde, da się! Chcę włazić na dachy i trąbić przez megafon, że DA SIĘ, DA SIĘ, NAPRAWDĘ SIĘ DA! A w pokoju obok mamroli coś w łóżeczku już ponad trzykilowa przyczyna tego zamieszania, dla której warto było w to wejść i wytrzymać.
Drugi lipca, mam się dobrze i znowu jara mnie byle pierdoła.

I’m singing in the rain…