Pięćdziesiąt i jeden

Pięćdziesiąt i jeden. I pięć miesięcy bez grama prochów. Niniejszym na swej szyi wieszam złoty medal. Złoty medal za plus minus sto pięćdziesiąt dni walki z przeciwnikiem tak silnym i tak cholernie na mnie zawziętym, że serio się dziwię, że jeszcze oddycham.

Oddech łapię, kiedy tylko poczuję, że ta ciężka łapa trzymająca moją głowę pod wodą choć odrobinę luzuje swój nacisk. Wtedy z całych sił zapieram się nogami, łeb nad powierzchnię i łyk powietrza – największy, jaki tylko się da. Bo za moment znowu znikam i jedyne, co widać, to drobne bąbelki nad miejscem, w które ponownie zostałam wepchnięta.

I jest jak na fotach małżeństwa Blume z cyklu „Wahnzimmer” albo „Küchenkoller”. Pierwsza połowa lat 80-tych, państwo z typowej niemieckiej klasy średniej, klasyczna kuchnia/klasyczny woncymer, klasyczna pani w podomce i trwałej, klasyczny pan w marynarce oraz spodniach w kancik. Klasyczna pani w klasycznej kuchni chce obrać jak najbardziej klasyczne ziemniaki. A te zaczynają żyć swoim życiem, szaleć, wirować, zataczać kręgi w powietrzu nad stołem, który w międzyczasie zdążył stracić pion. Babka próbuje połapać je w miskę, lecz one wolą wywijać salta tuż przed jej przerażoną, tracącą rysy twarzą.

(nie znalazłam niestety na wolnej licencji, więc prymitywnie linkuję do stronki:)

Anna i Bernhard Blume, Küchenkoller

Pan z kancikiem również nie ma się lepiej. Poziome linie mebli dawno poszły w skosy, talerze lecą ze stołu prosto na dywan. Facet usiłuje ratować wazę; widać jednak, że zaraz się wypierniczy. A miejscami w ogóle niewiele już widać, bo wszystko szlag trafia łącznie z błędnikami.

Anna i Bernhard Blume, Wahnzimmer

 

I patrzę sobie na to wszystko ja, trzydziestotrzyletnia dorosła kobieta, od roku mężatka, od pół dzieciak w drodze, praca względnie stabilna i płatna również godnie, jutro odbiór kluczy do nowego mieszkania; nie wisi nam nawet kredyt nad głową. Ot i wreszcie babka ułożyła sobie życie. Tymczasem mój łeb bez chemii znowu zwariował i funduje mi atrakcje jak u państwa Blume. Boję się iść do kuchni obrać ziemniaki, jak by miały mnie zaraz ogryźć do kości. Boję się otworzyć okno Photoshopa, jak by miał mnie złapać, połknąć i się oblizać. Rano dostaję takiej paniki, że wyjście spod kołdry równa się wyjściu przed pluton egzekucyjny przy kompletnym braku gotowości na śmierć. Są dni, kiedy przetrwanie do nocy to absolutne maksimum moich możliwości i składam sobie samej najszczersze gratulacje, że po raz kolejny dałam radę przeżyć. Boję się wykonywać najprostsze czynności. Boję się wyjść z domu i boję się w nim siedzieć. Boję się, że do niczego się nie nadaję, że nigdy nie zrobię niczego sensownego, że nic nie potrafię, że wszystko zawalam, i że w ogóle jaki sens w czymkolwiek. Że umrę przy porodzie albo krótko po, że dzieciakowi stanie się coś złego, że mąż mnie zostawi dla innej kobiety, że nigdy sobie w tym Gdańsku życia nie ogarnę i zawsze będę tak cholernie tęsknić za Lublinem. Boję się życia, boję się śmierci i wyję z tego przerażenia obijając się o ściany. Bywa, że mam wrażenie, że zaraz zwariuję.

Jednak gdy tylko jest choć trochę lepiej, kiedy jest chociaż odrobinę mniej strasznie i mniejszym lub większym wysiłkiem woli udaje mi się pokonać tę niemoc i przerażenie, staram się działać jak Viktor Frankl, gdy w czasie wojny przebywał w obozach. Teraz jest mrok, teraz jest niewola, każdy dzień to tona ołowiu na plecach. Można stracić wolę walki, usiąść na pryczy i patrząc przez okno niewidzącym wzrokiem ze zgiętymi plecami spalić papierosa, a potem zgasnąć tak samo jak on. A można też wstawać z pryczy dzień za dniem i wykonywać całą tę pracę z ołowiu nie tracąc przy tym z oczu piękna świata za drutami (choć w moim aktualnym bezprochowym stanie w świecie widzę głównie krew i tragedie) i celu, który chce się osiągnąć tam po drugiej stronie.

I wstawał. Wstawał dzień po dniu, i kopał te rowy w zamarzniętej ziemi, i nosił krwawiącymi dłońmi te ciężkie wory z piachem i wykonywał morderczą pracę w morderczych warunkach. I nie ugiął pleców, i nie zwiesił rąk, i wstawał wraz z każdym porannym gwizdkiem i robił swoją ołowianą robotę. A po trzech latach przyszło wyzwolenie. I profesor Frankl żył jeszcze lat pięćdziesiąt dwa, przez które raz, że ułożył sobie życie na nowo, a dwa – wykonał gigantyczną ilość pracy, którą kochał i którą ratował życie dziesiątkom tych, którzy żyć chcieli, a nie potrafili. A te trzy lata spędzone w obozach okazały się być kluczowe dla jego pracy i jako naukowca i jako terapeuty.

Tak więc i ja się staram nieść ten wór ołowiu. I choć plecy pod nim bolą, a na stopach wielkie bąble, to jeśli tylko mam na to choć pół grama siły, biorę się za łeb i robię choćby jeden mały krok w kierunku, o którym wiem już, że jest moim. I który wykorzystam, by komuś innemu było trochę lepiej. Życie tylko dla siebie mnie nie zadowala i jak już wreszcie zamienię ten mój chaos w kosmos, chcę puścić temat w obieg i pokazać, że MOŻNA.

Ale żeby pomóc innym, najpierw muszę pomóc sobie. A to jeszcze trochę potrwa. Zatem ołów na plecy i zapieprzamy. Choćby w tej chwili miało to oznaczać jeden przysiad dziennie, pół strony książki czy ogarnięcie jednej funkcji jednego narzędzia w oknie Camera Raw. Bo dziś jeden przysiad, za miesiąc dwadzieścia, a za pół roku ostry rower pod górkę, piękne światło na zdjęciach i rozgryziony temat praw naturalnych.

Elaborat był długi, bo i przerwa nienajkrótsza. Czas najwyższy zacząć częściej dawać znaki życia, bo zdążyłam już zapomnieć mój login i hasło. Zatem do następnego razu. Dobrego dnia i w ogóle wszystkiego dobrego – jeszcze obierzemy te wszystkie ziemniaki.

 

Dodaj komentarz