Tak trochę de profundis

Przez trzy miesiące od daty startu postów mogłoby być tu już z milion osiemset. A jest dopiero siódmy i to z dużym trudem. Bo tak się wzięło i porobiło, że zamiast żyć i pisać pełzam i gryzę ściany.

Mój mózg w dalszym ciągu nie radzi sobie sam i bez chemii wysiada już po kilku dniach. I możliwe, że jeszcze długo nie zatrybi jak powinien. A dokładniej to jeszcze minimum pół roku, jeśli dłużej nie pocisnę i zdecyduję się karmić koleżkę butelką.

Otóż tak. Przyczyna całego tego zamieszania ma w tej chwili około dwóch i pół miesiąca i danie jej w łeb różową tabletką byłoby pomysłem wysoce niefortunnym. Ja za góra tydzień poczułabym się spoko, a Młody/Młoda mógłby z kolei nie wyjść z tego cało.

Czasem nie wiem, jak to robię, że jeszcze oddycham. Wiele dni polega na dowleczeniu się do końca, a myśl, że za kilka godzin będzie jakieś jutro, wywołuje we mnie niemal odruch wymiotny.

Ale jutro przychodzi, jakoś zwlekam się z wyra, i choć dwie trzecie czasu taplam się w ciężkiej smole, ostatecznie stwierdzam szczerze, że ten czas jest dobry.

Przede wszystkim – jest to czas szczerości. Dwa miesiące bez żadnych napojów procentowych, które – owszem – pomagały przetrwać trudne sytuacje i czasem sprawiały, że było nawet fajnie. Ale nawet kiedy było, to nie byłam ja. Łatwiej się gadało, dawało radę wytrzymać spotkania, na które szczerze mówiąc nie miałam ochoty, dawało radę wytrzymać w dużej grupie ludzi i gadać z nimi, choć normalnie gęby bym nie otworzyła.

Radę dawało, ale to nie byłam ja. Wiele wychodzących wtedy ze mnie słów, wiele emocji i wiele reakcji było mi zupełnie obce – to coś się działo, ale to nie ja się działam. Przez chwilę było łatwiej, a problemy trwały nadal i poczucie niedopasowania wracało już na drugi dzień.

A teraz na sucho dotarło do mnie, że brzydzę się takimi sztucznymi emocjami. Brzydzę się ich nakręcaniem po to, żeby jakoś wytrzymać niewygodny czas. Chcę być sobą, a nie balonem ze sztucznego tworzywa. I może jednak rozsądniej dokonać selekcji i nie pchać się w sytuacje, których nie jestem w stanie wytrzymać na trzeźwo, a zamiast tego znaleźć takie miejsca i ludzi, z którymi będzie trybiło na sucho. Bo wtedy wiem, że to jest prawdziwe. A ja strasznie nie znoszę kitu i litrów ubitej piany.

Tak więc te dwa miesiące o suchym pysku pozwoliły mi stwierdzić już jako-tako, gdzie i z kim jest moje miejsce, a kiedy muszę zmieniać sobie świadomość żeby wytrzymać i nie chcieć sobie stamtąd delikatnie mówiąc pójść.

Z resztą w ogóle mam takie wrażenie, że warstwa po warstwie schodzą ze mnie wszelkie fałsze. Jako że jest Adwent, a do tego z racji ciąży pracuję teraz tylko cztery godziny dziennie i mam dzięki temu dużo więcej czasu, zaczęłam znów od początku czytać Pismo Święte (poprzednim razem między pierwszą literą Księgi Rodzaju a ostatnią kropką Apokalipsy minęło mi siedem lat. Jeśli więc teraz tempo będzie zbliżone, zrobię sobie miły prezent na czterdzieste urodziny). I wali stamtąd w moją stronę taka ilość prawdy, że to się zwyczajnie zaczyna udzielać. Coraz rzadziej się śmieję, gdy coś mnie nie bawi, kiedy coś mi zwisa, nie zgrywam zajaranej. Nie chowam pod łóżko spraw dla mnie ważnych i nie ściemniam, że to, czym faktycznie oddycham, to dla mnie pierdoły i nieważny dodatek.

A, no i w pełni programowo zmieniam fotę w tle. Ten stateczek był tak smutny, że miałam już od niego odruch wymiotny. Ale przede wszystkim chodzi tu o to, że choćbym odwalała nie wiem jaką gimnastykę ciała i umysłu, wciąż i nieodmiennie jestem właśnie STAMTĄD. Nie zaklinajmy więc rzeczywistości stateczkami w Brzeźnie – Gdańsk jest spoko, szacun i w ogóle, ale jam człowiek Wschodu i tak już zostanie i nie zmieni tego żadna bryza w Gdyni ani sztorm w Sopocie.

I trzymać proszę kciuki, żeby jutro mi lekarz jednak coś wymyślił. Czas jest owocny, prawda to baza, ale pełzanie i gryzienie ścian do nagiej cegły to stanowczo nie jest mój lajfstajl ze snów.

Dodaj komentarz