Doły i balistyka. Rozkmina pozytywna.

Zawzięcie szukam światełek w dołów moich mroku i ryję za nimi jak świnia za truflami w glebie niegościnnej i czarnej jak noc. I nieraz myślę sobie – jaki sens coś robić. Nawet kiedy już przejdzie (a przejdzie na pewno. Lata doświadczenia – zawsze przechodzi), to przecież – co ja zmienię. Ja jedna Marysia, czterdzieści i trzy, metr pięćdziesiąt osiem w butach na płaskim. Osobowość lidera poziom minus sto, charyzma przywódcy level runo leśne. Czy coś zrobię, czy nie zrobię – Wołyń, Auschwitz, co ja mogę; czy tu będę, czy mnie niet – Irak, Syria… kurde, nie mam rymu; w każdym razie sens jest taki, że ze mną, czy beze mnie, pieprznie i tak.

Nie wiem, co myślał Stanisław Pietrow w nocy z 25 na 26 września ‘83. Wiem za to, że siedział właśnie na nocnej zmianie w podmoskiewskim ośrodku wczesnego ostrzegania i razem z podwładnymi monitorował systemy mające informować o ewentualnym ataku rakietowym. Cisza, spokój, wszystko wporzo; dzień jak co dzień, noc jak co noc.

Aż tu nagle – jak nie pieprznie. Wyją syreny, na pulpitach wszystko miga, napis START pali się czerwonym światłem. START – Stany Zjednoczone odpaliły w stronę Rosji rakietę z głowicą nuklearną.

Zgodnie z ówczesną strategią wojskową podpułkownik Pietrow powinien wykonać telefon na Kreml i potwierdzić bądź zaprzeczyć; w razie potwierdzenia zasadności alarmu z Kremla najprawdopodobniej poszłaby decyzja o odpaleniu richtung Stany wszystkiego, co się da.

Pietrow jednak nie dzwoni, tylko najpierw myśli. Po kij jeden pocisk? Przecież amerykańce nie są aż tak głupie i raczej dość dobrze zdają sobie sprawę, że za zjaranie jednej – nawet najmniejszej – plamy na mapie Związku Radzieckiego oberwą rykoszetem tak, że kaplica. I to o ile będzie gdzie ją postawić.

Gdzie i komu.

Poza tym urządzenia naziemne o niczym nie meldują. A gdyby coś się działo, raczej już powinny.

Tak że to chyba jednak pomyłka.

Na Kreml poszło info, że alarm fałszywy, wszystko powoli wraca do normy.

Nikt nie zdążył jednak usiąć i porządniej odetchnąć, bo w bunkrze znowu rozwyły się syreny. Cztery kolejne rakiety lecą prosto na Rosję i za pół godziny osiągną swój cel. Nic nie wskazuje na błąd komputera, syreny wyją, na pulpitach info o trzecim stopniu prawdopodobieństwa odpalenia pocisków.

Trzecim, czyli najwyższym.

Podpułkownik Pietrow powinien zadzwonić. Tak go szkolili, tak mu kazali. Trzeci stopień, wszystko wyje, na pulpicie komunikat ATAK RAKIETOWY.

Tylko cholera na co pięć rakiet? Przecież to się wszystko kupy nie trzyma. Gdyby Stany faktycznie chciały uderzyć, pieprznięto by większością dostępnego arsenału zanim Sojuz się odwinie i tak rąbnie na drugą stronę Atlantyku, że nikt już nigdy nie znajdzie grobów Ojców Założycieli. No i urządzenia naziemne dalej nic nie widzą. Nie wiadomo, o co chodzi. Ale ewidentnie coś tu jest nie tak.

Ostatecznie Pietrow dzwoni: alarm fałszywy, wszystko pod kontrolą, Andropow nie musi naciskać guzika.

Noc się kończy, nowa kartka w kalendarzu pokazuje dzień 26 września, kolejna 27, 28, za trzy miesiące przychodzi Nowy Rok…

A w Nowym Roku przychodzi info. Pewien człowiek się przyłożył, zbadał sprawę jak należy i dotarł do przyczyny całego zamieszania. Odkrył mianowicie, że – w skrócie mówiąc – Ziemia może generować refleksy świetlne wprowadzające satelitę w błąd i odczytywane przez niego jako wystrzelenie pocisków rakietowych.

Tadam.

A gdyby Pietrow nie ruszył był głową, nie ocenił sytuacji pod kątem logiki i zdał się całkowicie na to, co widzi, pewnie teraz zamiast pisać te słowa unosiłabym się w chmurach jako pary obłoczek. A tak to i Czarnobyl był… Nie, no dobra, ciężki żart – jak człowiek ma zgona, to taki mu się dziwny humorek załącza. W każdym razie, wracając do meritum, czyli co ma piernik do wiatraka i rakiety do trufli. Pietrow, owszem, był podpułkownikiem, ale wiele było szych mogących znacznie więcej. Znacznie bardziej decyzyjnych. Mających dostęp do słynnych guzików, atomowych walizek i innych bajerów, od których zależy życie setek i milionów. On był sobie gdzieś tam niżej, jako jeden z wielu. Sam też nie uważał się za nikogo specjalnego. A gdyby to nie on siedział wtedy w bunkrze, gdyby nocny dyżur pełnił właśnie ktoś, kogo myślenie bardziej uwiera, kto woli przerzucać decyzje na inne szczebelki i w razie czego móc odpowiedzieć, że zrobił, jak kazali, jak było w protokole…

Ot i mam odpowiedź na moje smędzenia. Że Wołyń, że Auschwitz, a jam leśne runo. Nigdy nie wiadomo, gdzie kto stanie i kiedy. Dlatego jednak fajnie być mądrym i przytomnym, i dobrym też w sumie chyba nienajgorzej. Zwłaszcza, że tak naprawdę codziennie jest się tam, gdzie ktoś coś i jakoś i efekt motyla. Albo nawet bez efektu, ale tak po prostu o.

Wracam zatem do rycia, trufelki do koszyka, i załączam słodką focię z dawnego składu radzieckich głowic atomowych w Podborsku pod Kołobrzegiem, bunkier numer siedemnaście. Niedzielna wycieczka z bliskimi i psem (pies nie nasz, ale był. W ortalionach w moro).

img_2080a-2

Dodaj komentarz